O św. Annie wiemy niewiele. Jesteśmy zdani przede wszystkim na apokryfy. Historię życia św. Anny i jej męża, św. Joachima, można też obejrzeć na malowidłach w annogórskiej bazylice. Przez długie lata małżeństwo nie ma dzieci. Joachim poszedł na pustynię i przez 40 dni prosił o upragnione dziecko. Determinacji dziadków Pana Jezusa trudno się dziwić.
Kiedy Anna wychodziła za mąż za Joachima, miała 24 lata. Dużo jak na ówczesne semickie zwyczaje. Na dziecko czekali kolejne 20 lat. I nie było to łatwe czekanie, bo w myśleniu narodu wybranego brak potomstwa był karą Bożą i formą napiętnowania i dla kobiety, i dla mężczyzny. Kiedy Anna rodzi Maryję, rodzice prowadzą ją do świątyni i oddają tam na służbę. Wszystko to zbliża Miriam do Bożego Narodzenia.

Była tu inna figura
– Dużo wcześniej zanim na Górze św. Anny znalazła się figura, którą dzisiaj wszyscy znamy, był tu obecny kult św. Anny – mówi o. dr Atanazy Piotr Polanko. – Tutejszy kościół na pewno był poświęcony św. Annie od 1480 roku. I na pewno była tutaj inna figurka. Także gotycka. Przedstawiała św. Annę – również z Maryją i Jezusem - czyli Samotrzecią. Ale była to postać siedząca. Podobna do wizerunku, jaki znamy z sanktuarium w Oleśnie. Ta figura znajdowała się tutaj aż do 1810 roku. Znajdowała się po drugiej stronie ołtarza – od strony chóru zakonnego. Kiedy w 1810 roku polscy franciszkanie zostali w wyniku sekularyzacji ogłoszonej przez Fryderyka Wilhelma III usunięci z Góry św. Anny, zabrali wiele rzeczy, w tym dokumenty fundacyjne, do Krakowa. Wtedy też prawdopodobnie wzięli ze sobą tę pierwszą figurę, ale jej dzisiejszych losów nie znamy. Zaginęła. Reformaci mieli bardzo wiele klasztorów, kościołów i kaplic. Nie tylko w Polsce. Także na dzisiejszej Litwie, Ukrainie i Białorusi. Mogła gdzieś tam trafić.
Wiek czczonej obecnie na Górze św. Anny figury patronki określa się na ostatnią ćwiartkę XV stulecia. Nie ma stuprocentowej pewności co do jej pochodzenia. Według jednej z hipotez przywieźli ją z Konstantynopola do Francji krzyżowcy. A następnie z klasztoru położonego blisko Lyonu saski książę Jerzy sprowadził ją do Saksonii. Przez niego wizerunek miał trafić na Śląsk do rodziny Mikołaja i Anny Marianny Kochtitzkich.
W uroczystej procesji kazał ją przynieść z Ujazdu na Górę św. Anny - spełniając testament zmarłej małżonki - Mikołaj von Kochtitzky, radca kamery cesarskiej i starosta w Nysie. Jak pisze o. Chryzogon Reisch, autor wydanej na początku XX wieku "Historii Góry św. Anny na Górnym Śląsku", prawdopodobnie rodzina wymodliła u Boga przed tą figurą jakieś ważne dla siebie dary. Musiało to mieć miejsce między rokiem 1611 (żyła jeszcze Anna Marianna von Maltiz, po śmierci została pochowana w Ujeździe) a 1630 (wtedy zmarł pan von Kochtitzky).
Figura szybko zasłynęła wieloma łaskami i cudami, które udawało się przed nią wyprosić. W 1682 r. Katarzyna Gorelowa z Niezdrowic koło Ujazdu – od trzech lat niewidoma – ślubowała pielgrzymkę do cudownej figury. Kazała się zaprowadzić do kościoła i przeleżała całą mszę krzyżem przed ołtarzem, błagając św. Annę o zmiłowanie. Gdy podniosła się z ziemi, okazało się, że widzi wyraźnie figurkę św. Anny, kościół i ludzi znajdujących się w świątyni. Wdzięczna za dobrodziejstwa opowiedziała o tym cudzie 4 lipca 1683 roku. Podobnych opisów, wyjętych z klasztornych kronik, jest u Reischa dużo.
Najpierw figura, potem franciszkanie
Franciszkanie na Górze św. Anny znaleźli się nieco później niż figura patronki. Do ich sprowadzenia przyczynił się pośrednio w czasie szwedzkiego "potopu" hetman Stefan Czarniecki. Kiedy Szwedzi szykowali się do zdobycia Krakowa, kazał zburzyć budynki przylegające z zewnątrz do murów miasta, w tym klasztor. Zakonników przeniesiono do Gliwic, gdzie w miejscu przeznaczonym dla dwudziestu zakonników mieszkało ich siedemdziesięciu. Chętnie więc przystali na prośbę właściciela Góry św. Anny hrabiego Melchiora Ferdynanda Gaszyna, który chciał, by objęli opieką duszpasterską sanktuarium św. Anny. Fundator obiecał zbudować dla nich klasztor i wziął na siebie utrzymanie braci. Klucze do nowego, drewnianego klasztoru na Górze św. Anny dostali 6 sierpnia 1656 roku. Pierwszym przełożonym został Franciszek Rychłowski.
Znana wszystkim wiernym na Śląsku figura nie jest masywna. Mierzy zaledwie 66 cm, z czego 12 przypada na jesionowy cokół. Nie przypadkiem nazywa się ją Samotrzecią, bo też jedną rzeźbę tworzą trzy postaci. Święta Anna stoi. Na jej lewej ręce spoczywa dziewczęca postać Matki Bożej, na prawej – Dzieciątko Jezus – nagie i wbrew prawdopodobieństwu, ale zgodnie z logiką teologiczną większe od Madonny. Bo to Jezus jest ważniejszy. To on jest powodem kultu Maryi i św. Anny. Maryja podaje Chrystusowi złote jabłko. To nawiązanie do sceny z Księgi Rodzaju. Jak przez jabłko Ewy podane Adamowi przyszły na świat grzech i śmierć, tak przez jabłko „nowej Ewy”, Maryi podane Jezusowi, nowemu Adamowi przychodzą na świat łaska i życie.
Zgodnie z XVII-wiecznym dokumentem w głowie figurki św. Anny znajdują się jej relikwie. Nie da się ich wyjąć bez jej zniszczenia.
Ojciec Atanazy zwraca uwagę na kolory szat świętej. Zazwyczaj ich nie widzimy. Figura w ołtarzu jest ubrana w sukienki z materiału. Przebiera się ją stosownie do okresu liturgicznego i koloru szat liturgicznych. Święta Anna na figurze ma płaszcz w kolorze cynobru. Cynober to jest rzadki minerał w jaskrawym odcieniu czerwieni z domieszką pomarańczowego.
– Ten minerał był i jest drogi – precyzuje o Atanazy. - Jego położenie to jest trudny proces. Trzeba mieć rzeźbę wyczyszczoną do drewna. Potem kładzie się klej, następnie zaprawę kredową. Następny etap to szlifowanie. Znowu zaprawa kredowa i szlifowanie. Wiele razy kładzie się cieniutkie warstwy. Cynober – czy inny minerał – trzeba było tłuc w moździerzu. Łączono go z żółtkiem z jajka i innymi substancjami i dopiero wtedy kładziono go na zaprawie kredowej i szlifowano, polerowano go przy pomocy agatu. Pod czerwonym płaszczem św. Anna ma zieloną suknię. Można to wiązać z nadzieją, z jaką Anna i Joachim oczekiwali potomstwa i modlili się o nie.
Ojciec zwraca uwagę na nietypowy kolor sukni Matki Bożej. Jest fioletowa, a nie niebieska, jak byśmy się spodziewali. Trudno się w tej barwie doszukać jakiejś szczególnej symboliki.
– Figura św. Anny jest obecnie w bardzo dobrym stanie. Przeszła bardzo gruntowną konserwację ponad 25 lat temu – podkreśla o. Atanazy Polanko. – Pierwszy raz po wojnie wywieziono ją nawet na jeden dzień do Torunia na badania. Za specjalnym zezwoleniem konserwatora zabytków. Figura była w różnych aspektach prześwietlana. Restauracji tej rzeźby dokonał wówczas profesor Józef Kurpik. Wsławił się tym, że przez kilkadziesiąt lat dbał o wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. A pierwszej fachowej konserwacji - w latach trzydziestych - dokonał słynny artysta śląski, były franciszkanin, brat Łukasz Mrzyglod. Została po niej bardzo dobra dokumentacja.
Już po konserwacji z lat 30. trudną próbą dla rzeźby było zainstalowanie w ołtarzu bazyliki oświetlenia elektrycznego. Mocne żarówki nie tylko świeciły, ale i mocno grzały, powodując przesuszenie i częściowe odpadanie polichromii.
Korony dla św. Anny
Ważnym wydarzeniem w dziejach annogórskiej rzeźby św. Anny były jej koronacje. 14 września 1910 roku bp wrocławski Karol Augustyn dokonał aktu koronacji figury św. Anny Samotrzeciej trzema złotymi koronami. Ufundował je proboszcz ze Starych Tarnowic, ks. Ludwik Schwohr. Kroniki klasztorne wspominają też o wcześniejszych koronach: „W roku Pańskim 1723, dnia 23 grudnia, przybył na to miejsce szanowny pan Jan Tadeusz Ridel, obywatel i naczelnik Głogówka, by spełnić złożoną obietnicę: razem ze swoja najmilszą żoną ofiarował św. Annie na znak wdzięczności trzy srebrne korony pozłacane i ozdobione drogocennymi kamieniami za odzyskane za wstawiennictwem św. Anny po dziesięcioletniej chorobie zdrowie.
– Te korony zrabowały władze pruskie podczas sekularyzacji – informuje o. Atanazy. – Zażądały także koron, które Leopold de Gaschin miał na zamku w Żyrowej.
W 1941 roku naziści każą franciszkanom opuścić Górę św. Anny. Dają im na wyjazd 48 godzin.
– O. Feliks Kos, człowiek odważny i dynamiczny, chroniąc figurę przed grożącym jej zbezczeszczeniem, porozumiał się z rodziną Gielnik – miejscowymi właścicielami wydawnictwa, którzy współpracowali z klasztorem, dwaj bracia z tej rodziny to byli franciszkanie - i razem z Klarą Gielnik zdjęli figurę z ołtarza. Spakowali ją do wielkiej walizki i o. Feliks zaniósł ją do samochodu czekającego przy schodach „Ave Maryja” – przypomina ojciec doktor.
– W ołtarzu stanęła kopia wykonana przez brata Leonarda Bannerta. Bardzo podobna do oryginału. Trzeba bardzo wprawnego oka, by odróżnić obie figury. Ojciec Kos wywiózł ją i wędrowała ona w różne miejsca. Między innymi do Opola, do klasztoru franciszkanek szpitalnych. Miałem możność słyszeć świadectwo nieżyjącej już siostry Nigandy, która jako dziewczynką cudowną figurę na ołtarzu w klasztorze franciszkanek widziała. Figura była też przechowywana w Kłodzku. Kiedy front się zbliżał, cudowna figura tułała się wraz z ojcami coraz dalej i dalej. Mamy z różnych stron świadectwa księży o tym, że figura w różnych miejscach była, ale trzeba by to szczegółowo badać. Ojciec Kos tego nie opisał.
Oryginał na Górę św. Anny wrócił w 1945 lub 1946 roku. I do dzisiaj jest tu czczony.

Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!

Komentarze