Poseł mniejszości niemieckiej przyjaźnił się chętnie i łatwo z polskimi kolegami z różnych ugrupowań. Ze wzruszeniem opowiada o rozmowach z profesorem Religą. Wybitny kardiolog i minister zdrowia nie ukrywał przed kolegą, jak twardo musi walczyć z nałogami - papierosami i alkoholem - ani tego, że ostatecznie tę walkę przegrał.
Wrażliwy na brzmienie śląskiej godki, która dla niego była mową domową, uczulał na jej piękno kolegów w Sejmie, gdy biskup opolski Alfons Nossol optował za powołaniem uniwersytetu.
W domu po śląsku i po niemiecku
- W domu używaliśmy ślonski godki albo mówiło się po niemiecku - wspomina pan Helmut. - Polszczyzna stała się konieczna w szkole i szybko się przekonaliśmy, że nas mowa - jak Galilejczyków z Ewangelii - zdradza. A niektórzy nas z tego powodu dyskryminują. Jak chodziłem do ogólniaka, mieliśmy nauczyciela francuskiego mocno uczulonego na wszystko, co niemieckie. Bardzo nie lubił Niemców. Jak wychodziliśmy z pociągu, a on szedł za nami, prowokowaliśmy go. "Z czym mosz dzisiej sznity w taszy?” - pytał jeden z nas. "Myśla, że z lejberweusztem (pasztetową - przyp. red.). A może mama dała mi preswuszt (salceson). A mostrich (musztardę) ci mama dała?”. Na lekcji profesor chodził po sali, miał zwyczaj głaskać się po brzuchu, i pytał sam siebie: Co to jest tasza? Co to jest mostrich? Co to jest preswuszt? I tak na okrągło. Lekcja francuskiego przepadła.
Ale takie gry o zachowanie tożsamości nie od razu były możliwe. Jako uczeń pierwszej klasy podstawówki Helmut doświadczył na sobie i bliskich działania tyleż odniemczania co repolonizacji.
- Był rok 1947. Jako najmłodszy z trójki braci wróciłem ze szkoły - opowiada. - W mieszkaniu siedzi jakiś "smutny” pan. Mama płacze. Mieliśmy w kuchni na byfyju (kredensie), jak w wielu śląskich domach wtedy, ceramiczne pojemniki na różne produkty. Niemieckie nazwy na nich: Zucker, Mehl, Salz, Reis itd. były pozaklejane plastrem. Myślę, coś tu nie gra. Nagle mama mówi: "Helmut, ab heute heisst du Franciszek” (Helmut od dzisiaj nazywasz się Franciszek). "Smutny” pan obruszył się na jej niemiecki. Jak po jakimś czasie ze szkoły wrócił mój o rok starszy brat, już po polsku czy raczej po śląsku usłyszał: Synek, łod dzisiej nazywosz się Józef. Nasz najstarszy brat - Günter - chodził do szóstej klasy i jemu pan z bezpieki nadał imię Antoni. Zbuntowałem się dopiero w ogólniaku, w dziewiątej klasie (w drugiej licealnej - przyp. red.) i domagałem się, żeby nauczyciele mówili do mnie Helmut. Niektórzy się zgodzili. Ale część była na tyle nieustępliwa, że dla nich zostałem Frankiem aż do matury, zgodnie z zapisem w dzienniku lekcyjnym. Generalnie radziłem sobie w szkole dobrze. Już od młodszej podstawówki. Dla kolegów liczyło się, że byłem dobrym sportowcem. Nauczyciele uważali, że byłem zdolny. Chcieli mnie nawet przesunąć o klasę czy dwie wyżej. W dodatku umiałem się podobać. Młode nauczycielki, a takie w podstawówce mieliśmy, trochę mi naukę odpuszczały. Dzisiaj myślę, że lekko mnie to zwichnęło.
Kiedy w 2019 roku odbierał Mosty Dialogu - nagrodę przyznawaną przez Dom Współpracy Polsko Niemieckiej Helmut Paisdzior mówił, że dialogu zaczął się uczyć jako chłopiec, grając na bosaka w piłkę z dziećmi sąsiadów - repatriantów.
- Dogadywaliśmy się w różnych językach - opowiadał. - Ale właśnie się dogadywaliśmy. Koledzy z Kresów i z centralnej Polski na boisku wołali na mnie Helmut, takim imieniem, jakie dostałem na chrzcie. Przez całe życie zawodowe i społeczno-polityczne udało mi się ten dialog na rzecz dwóch narodów, a nawet trzech, realizować. Jako poseł zabiegałem w Grupie Bilateralnej o wejście Polski do NATO i Unii Europejskiej. Te oczekiwania i pragnienia się sprawdziły.
W tym samym 2019 roku Paisdzior otrzymał z rąk Hansa Jörga Neumanna, konsula generalnego Niemiec we Wrocławiu, Krzyż Zasługi na Wstędze Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec przyznany przez niemieckiego prezydenta.
- Przyjmuję z pokorą to odznaczenie - mówił wtedy. - To jest dla mnie wielki zaszczyt, że mnie dostrzeżono. Ale mam świadomość, że moje zasługi są tylko cząstką. Reszta to dzieło dobrych przyjaciół, pracowitych współpracowników - także w samorządzie - przedsiębiorców wysokiej klasy, którzy ze mną współpracowali i wielu innych osób tworzących lokalną społeczność. Ten Krzyż Zasługi jest także dla nich. Im go dedykuję.
Swój dorobek poseł dzielił w tamtym wystąpieniu na dwie części. Pierwszą była praca parlamentarna, choć działalność polityczną zaczynał w sejmiku. Drugą pasją działalność w różnych organizacjach i fundacjach. Co najmniej kilka sam założył.
- Miałem wielką radość z organizowania pewnych instytucji - przyznawał, odbierając niemieckie odznaczenie. - Wiele z nich nadal dobrze funkcjonuje. Myślę choćby o Fundacji Rozwoju Śląska, Izbie Gospodarczej Śląsk czy Towarzystwie Dobroczynnym Niemców. W tej działalności zależało mi na kilku obszarach: zaopatrzeniu ośrodków zdrowia i szpitali w sprzęt medyczny. Druga przestrzeń to infrastruktura komunalna, bo brakowało nam wówczas wodociągów, kanalizacji, składowisk odpadów itd. Zależało mi, aby fundacja wspierała małe i średnie przedsiębiorstwa. Ale mądrze, tak by te pieniądze służyły rozwojowi firm wielokrotnie, na dobrych warunkach. Drogą do tego były tzw. środki zwrotne Fundacji Rozwoju Śląska. Ich utworzenie jest moją zasługą.
Święta Anna jest najważniejsza
Od ponad ćwierć wieku Helmut Paisdzior stoi na czele Fundacji Sanktuarium Góra św. Anny. Powołana z jego inicjatywy na przełomie XX i XXI stulecia postawiła sobie za cel odnowienie kaplic kalwaryjskich. Jako pierwszy w latach 2000-2001 został odrestaurowany Wieczernik.
Ale początek był o wiele wcześniejszy. Na początku lat 90. byłem pierwszy raz na obchodach kalwaryjskich na Górze św. Anny w Wielki Piątek. Obecnie uczestników tego nabożeństwa jest bardzo dużo. Wtedy było okrutnie zimno, z nieba lał lodowaty deszcz i na Kalwarię ruszyło raptem kilkadziesiąt osób. Szli pojedynczo, najwyżej parami. Na końcu tego niedługiego węża szedł z różańcem w ręku Helmut Paisdzior.
- Byliśmy na tych obchodach co roku razem z żoną - wspomina pan Helmut. - W Wielki Piątek Sejm już nie obradował. Przechodziliśmy przez kolejne stacje kalwaryjskie i kolejne kaplice. I żona zwróciła za którymś razem - z prawdziwie kobiecą przenikliwością - moją uwagę: "Popatrz, to co roku wygląda gorzej”. Zainspirowała mnie. Pomyślałem, że mam taką pozycję, że mogę podejść do wielu ludzi, także do przedsiębiorców, dyrektorów firm i zapytać, czy by się w dzieło odnowy Kalwarii nie włączyli. Zwłaszcza, że zbudowana z inicjatywy Gaschinów w 1709 roku zbliżała się ona do jubileuszu 300-lecia.
Zamierzone wtedy dzieło udało się wykonać. Kalwaria została odrestaurowana.
- Kaplice odnawiane jako pierwsze wymagają powoli poprawek - przyznaje prezes fundacji. - Remontu wymagają także schody prowadzące z Rajskiego Placu do groty. A kolejną ścieżką naszej działalności, podjętą wspólnie z nowym gwardianem, o. Błażejem Kurowskim, jest troska o medialną obecność kalwarii i szerzej Góry św. Anny w przestrzeni publicznej. Kalwaria, która jest moim ukochanym dzieckiem, jest też moją satysfakcją. Tym większą, że na obchody wciąż przyjeżdżają tłumy ludzi. A na nabożeństwie ze świecami na Podwyższenie Krzyża jest ich ciągle tak wielu, jakby nikt z pątników w ciągu kilkudziesięciu lat nie umarł i nie wyjechał.
Nagrodą za troskę o kulturę, a o Kalwarię zwłaszcza był przyznany panu Paisdziorowi dosłownie kilka dni temu Brązowy Medal "Gloria Artis".
Pytany o największy zawodowy sukces, pan Paisdzior odpowiada bez namysłu:
- Całe życie byłem kierownikiem. Czasem myślę, że już się nim urodziłem - dodaje ze śmiechem. - Trzy razy miałem w PRL-u propozycję, by zostać dyrektorem. Za każdym razem rzecz się rozbijała o wstąpienie do partii. Część moich kolegów tak - idąc po ścieżce politycznej - awansowała. Wysyłano ich nawet na studia do Moskwy. Ja nie dałem się namówić. Mówiłem wtedy, że nie mogę wstąpić do partii, bo noszę baldachim w czasie procesji. To akurat nie była prawda. Ale człowiekiem wierzącym byłem zawsze i uważałem, że tego się z przynależnością do partii komunistycznej nie pogodzi.
Helmut Paisdzior szczyci się tym, że pozostając sobą, potrafił współpracować także z tymi kolegami, którzy się na partyjną karierę decydowali. Zyskał do tego stopnia ich zaufanie, że nie bali się w jego obecności opowiadać politycznych kawałów. Mówili o nim, że potrafi jednocześnie być jednym z nich i stać z boku. Ale jak trzeba było się postawić, zdobywał się na odwagę.
- Byłem szefem realizacji inwestycji w Opolskim Kombinacie Cementowo-Wapienniczym w Strzelcach Opolskich - wspomina. - U nas obowiązywała "najwyższa technologia radziecka” - metodą mokrą. Po sąsiedzku - w Górażdżach - nowoczesna metoda sucha. Jak przyjeżdżali ludzie z ministerstwa, mówiłem, że stosowanie dwóch różnych technologii w zakładach oddalonych od siebie o 20 km to karygodny nonsens. Przy jednej - duńskiej - technologii łatwiej byłoby o wspólną gospodarkę materiałową, remontową itd. Minister chciał mnie zwolnić za politykowanie. Ja nie robiłem polityki tylko ekonomię. Ale polityka wygrywała. Co było sowieckie, musiało być dobre.
W sejmiku i w Sejmie RP
W działalność mniejszości niemieckiej zaczął się angażować bardzo wcześnie.
- Do niemieckiej szkoły nie zdążyłem, ale język wyniosłem z domu - podkreśla. - Jako Niemca identyfikowało mnie zresztą moje imię. Miałem kuzyna w Januszkowicach - nazywał się Erwin Winkler - który bardzo szybko zaangażował się w działalność mniejszościową. Gogolin stał się potem centrum mniejszości. Ale zaczynało się wcześniej w Kędzierzynie, Zdzieszowicach, Raszowej i właśnie w Januszkowicach. Ten kuzyn mówił mi w zaufaniu o tym, że takie struktury pod koniec lat 80., ale jeszcze w okresie PRL-u powstają. Ale do wstępowania raczej mnie nie zachęcał. Miał świadomość, że bezpieka śledzi ich na każdym kroku. Pozyskanie człowieka, który od lat należy do kadry kierowniczej w regionie, dodatkowo zaostrzy jej czujność. Zresztą na obserwacji się nie kończyło. Część tamtych pionierów została tuż przed przemianami w Polsce wypchnięta do Niemiec. Dostawali paszport i propozycję wyjazdu nie do odrzucenia. Mnie to ominęło. Najwyraźniej Pan Bóg tu mnie potrzebował. Doświadczałem Jego opieki wiele razy.
- Myśmy się - jako inicjatorzy DFK w Leśnicy - także potajemnie spotykali - kontynuuje pan Helmut. - Było nas na początku może dziesięć osób. Schodziliśmy się w jakimś mieszkaniu po kolei i osobno wychodzili. Pełna konspiracja. Jeszcze nie wiedząc o Gogolinie ani o działaniach i zasługach Johanna Krolla. Tam pojechałem nas zarejestrować dopiero później. Jeden z uczestników spotkań w Leśnicy, który potem wyjechał do Niemiec, próbował nas odwrócić, byśmy się zarejestrowali jako Związek Ślązaków. Sprzeciwiłem się. Oczywiście, czułem się i czuję Ślązakiem z krwi i kości. Ale to nie jest moja jedyna tożsamość. Mam niemieckie pochodzenie. Chcę być uczciwy.
Zanim Helmut Paisdzior został posłem mniejszości na Sejm RP, był radnym do sejmiku. Weszli do niego delegaci z 26 gmin, w których działała mniejszość niemiecka.
- Byłem założycielem pierwszego Klubu Mniejszości Niemieckiej w Sejmiku - mówi. - Blisko mnie był wtedy Ryszard Galla Galla. Zapisało się do niego 19 spośród wspomnianych 26 delegatów z gmin mniejszościowych. To był wtedy akt odwagi. Mieliśmy w Prezydium Sejmiku trzech przedstawicieli. Byli nimi Krystian Fleger, Gerhard Bartodziej i Hubert Niepala.
- Górny Śląsk to jest moja macierz - mówił niedawno, odbierając Nagrodę im. Karola Miarki pan Paisdzior. - Tu przez wieki Niemcy i Polacy mieszkali razem. Nigdy w swojej działalności nie robiłem różnic i nie dzieliłem mieszkańców regionu według ich narodowości. Liczą się dla mnie wartości, jakie ludzie wnoszą do życia społecznego i wszystkie traktuję z szacunkiem.
- Myślę, że nagroda ta jest formą uznania tego, że byłem pomysłodawcą i współtworzyłem wiele instytucji, które dobrze zafunkcjonowały. Także w dziedzinie kultury - dodaje laureat. - Pomagałem w organizowaniu zespołów artystycznych, troszczyłem się o stroje i o instrumenty dla nich. Zorganizowałem w Leśnicy kółko muzyczne przy naszym DFK. Chętnych było bardzo dużo. Po jakimś czasie ze śp. burmistrzem Kurzałem zatroszczyliśmy się o szkołę muzyczną. Sam nie jestem szczególnie uzdolniony, ale znam i chętnie śpiewam pieśni ludowe i po polsku, i po niemiecku.
Od lat staje - w grupie członków mniejszości niemieckiej - w lipcu nad grobami powstańców śląskich i ich niemieckich przeciwników na cmentarzu na Górze św. Anny. Przychodzą upamiętniać zakończenie walk na Śląsku. Obie mogiły dzieli dystans zaledwie kilku kroków. Helmut Paisdzior w sobie zmniejszył ten dystans chyba jeszcze bardziej.
- Tej historii sprzed ponad stu lat nie należy opowiadać jednostronnie - mówił w lipcu 2024 roku reporterowi "Strzelca Opolskiego”. - Obie strony zasługują na szacunek. Przed chwilą w kościele, gdy modliliśmy się za poległych po obu stronach, pomyślałem, co bym zrobił, gdyby ktoś teraz dał mi karabin do ręki i kazał strzelać do mojego polskiego sąsiada. Myślę, że porzuciłbym mój karabin i powiedziałbym mu, że nie chcę go zastrzelić. Nie potrafię. Mam nadzieję, że on zrobiłby podobnie. I to jest droga, którą w ciągu tego stulecia przebyliśmy.
85 Bożych Narodzeń
Helmut Paisdzior ma za sobą 85 Bożych Narodzeń. Pytany, które święta nosi pod powiekami do dziś, potrzebuje na odpowiedź chwilę.
- Miałem wtedy 11 lat - opowiada. - Zimy były mroźne i śnieżne. Zdobycie nart to był wtedy wielki problem. Ale dowiedzieliśmy się, że w Porębie mieszka chłopak, który z nart wyrósł i chce je sprzedać. Szliśmy z braćmi pieszo przez ten śnieg w Wigilię. Chcieliśmy zrobić niespodziankę rodzicom i sobie. Przychodzimy, pukamy do drzwi. Nadaremno. Okazało się, że ktoś nas uprzedził. Wróciliśmy zmarznięci z niczym.
Pamięta czasy niedostatku i niedoborów. Ojca, który przed Wigilią jeździł rowerem do Kłodnicy, Raszowej oraz innych właścicieli okolicznych stawów, i radość, że w końcu udało mu się zdobyć rybę na świąteczny stół.
- Gdy byłem dzieckiem, nie mieliśmy zbyt wielu szklanych ozdób na choinkę - wspomina. - Rodzice wieszali na niej m.in. cukierki. Te wiszące niżej starsi i wyżsi bracia pozjadali, zostawiając jedynie zawinięte jakby nigdy nic papierki. Chciałem pójść w ich ślady i podskoczyłem do smakołyków powieszonych wyżej. Niestety, pociągnąłem za sobą całą choinkę. Potłukły się nie tylko nieliczne bombki, jakie były w domu, ale - co najgorsze - szpic na czubku. To było dla mnie jako dla dziecka ogromne nieszczęście.
Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!







Komentarze