Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Poniedziałek, 16 maja 2022 17:12
Reklama

Od ćwierć wieku ratują kalwarię na Górze św. Anny. "Czekają kolejne duże zadania"

Budowa kaplic kalwaryjskich na Górze św. Anny zakończyła się 312 lat temu. Przed 25 laty rozpoczęła działalność Fundacja Sanktuarium Góra św. Anny i zajęła się ich odnawianiem.
Od ćwierć wieku ratują kalwarię na Górze św. Anny. "Czekają kolejne duże zadania"

Wszystko zaczęło się w Wielki Piątek 1996 roku. Tego właśnie dnia Helmut Paisdzior, wówczas poseł na Sejm RP i lider mniejszości niemieckiej w powiecie strzeleckim, wpadł na pomysł ratowania kaplic. Jak co roku uczestniczył wówczas w obchodach kalwaryjskich.

- Pielgrzymi idą wolno, więc miałem czas, żeby zajrzeć do każdej z 28 kaplic poświęconych Męce Pańskiej i zobaczyć, że one potrzebują pilnie naprawy. Zresztą tak naprawdę do zajęcia się annogórską kalwarią zainspirowała mnie moja małżonka. Ona wiedziała, że udało mi się nieco wcześniej zdobyć pieniądze na odrestaurowanie kaplic Drogi Krzyżowej i płaskorzeźb w Grocie Lurdzkiej. To była znaczna suma. W ciągu dwóch lat 391 tys. marek. Ideą odnowienia kalwarii postanowiłem zarazić opolskich przedsiębiorców i samorządowców - wspomina Helmut Paisdzior.

Rok później powstała - z błogosławieństwem biskupa opolskiego i prowincji franciszkanów - Fundacja Sanktuarium Góra św. Anny.

„Wieczernik” był pierwszy

Pierwszą wyremontowaną przez nią dużą kaplicą był - w latach 2000/2001 - „Wieczernik”. Najpierw franciszkanie wymienili pokrycie dachu, więźbę i rynny, a potem fundacja sfinansowała prace konserwatorskie. Odtworzono polichromie ścienne i obrazy na suficie. Odrestaurowano zniszczony przez wodę ołtarz ozdobiony XIX-wiecznymi figurami Józefa Koppa z Monachium.

Bo wilgoć jest największym problemem na kalwarii. Kaplice nie są ogrzewane, więc zimą temperatura dochodzi tam czasem do minus 20 stopni, a latem osiąga plus 20. Takie skoki bardzo szkodzą dziełom sztuki. W rzadko otwieranych kaplicach są kłopoty z wentylacją. Zimą grube mury się wychładzają.

Gdy po otwarciu kaplic do środka dostaje się ciepłe powietrze, po ścianach leje się woda. Najwyraźniej włoski twórca kalwarii nie uwzględnił polskich realiów klimatycznych.

Pomysłodawcą zbudowania kalwarii był Melchior Ferdynand Gaschin, ten sam, który sprowadził franciszkanów na Górę św. Anny. Po trosze zainspirował go górzysty teren wokół sanktuarium, nadający się w sam raz na odwzorowanie świętych miejsc z Jerozolimy i okolic. Po trosze - Kalwaria Zebrzydowska, zbudowana sto lat wcześniej przez spokrewnionego z Gaschinami Mikołaja Zebrzydowskiego. Podobne kalwarie powstawały wtedy w całej Europie. Pobożni chrześcijanie bardzo chcieli pielgrzymować do Ziemi Świętej. Ale taka wyprawa była i długa, i bardzo kosztowna. Zebrzydowski i Gaschin mogli sobie na nią pozwolić. Zwykli śmiertelnicy nie bardzo.

Z myślą o nich Gaschin chciał postawić kalwarię, zachowując rzeczywiste odległości między opisanymi w Ewangelii miejscami związanymi z życiem Pana Jezusa i Matki Bożej. Melchior, niestety, z powodu podeszłego wieku, sam nie zdążył zrealizować swego pomysłu. W testamencie nakazał to spadkobiercom.

W 1700 roku podjął się budowy jego bratanek, Jerzy Adam Gaschin. Od biskupa wrocławskiego dostał zgodę na zbudowanie trzech większych i trzydziestu mniejszych kaplic. Robotę powierzył włoskiemu mistrzowi z Opola Dominikowi Sighno. W lipcu 1709 roku Nowa Jerozolima była gotowa.

I... zaczął się z nią potężny kłopot. Okazało się bowiem, że pątników po kalwaryjskich dróżkach nie chce oprowadzać i otoczyć opieką duszpasterską ani leśnicki proboszcz, ani franciszkanie z Góry św. Anny. Bez przewodników na kalwarię nie chodzili wierni. Budowle stały i niszczały.

Ma być w trzech językach

Ponieważ fundator zażyczył sobie, by nabożeństwa kalwaryjskie odbywały się po polsku, po niemiecku i po morawsku, zakonnicy tłumaczyli się, że po pierwsze jest ich za mało jak na tyle obowiązków, a w dodatku nie wszyscy są poliglotami.

- W tej odmowie nie było złej woli - wyjaśnia o. Błażej Kurowski, były gwardian klasztoru. - Na Górze św. Anny przebywali franciszkanie ze zreformowanej gałęzi naszego zakonu, którzy chcieli wiernie przestrzegać reguły. Bali się, że jak rzucą się w wir obowiązków duszpasterskich, nie będą mieli dość czasu na modlitwę.

No i wiedzieli dobrze, że aby utrzymać kalwarię, będą musieli zbierać pieniądze od pątników. A oni chcieli być autentycznie ubodzy i rzeczywiście nie mieli nic. Nawet ofiary za odprawiane msze św. oddawali leśnickiemu proboszczowi.

Dyskusje, spory i przepychanki między Gaschinami i zakonnikami trwały pół wieku. Kiedy wreszcie w 1763 roku franciszkanie zgodzili się organizować nabożeństwa kalwaryjskie, okazało się, że większość kaplic nadaje się do generalnego remontu. Dzięki ofiarom darczyńców - z Antonim Gaschinem zwanym Mocnym na czele - udało się nie tylko dźwignąć z ruin dawne kaplice, ale także przerobić kaplicę Świętych Schodów, czyli gradusów, oraz dobudować sześć kolejnych kaplic. Ostatnią, czterdziestą, wzniesiono w 1909 na jubileusz kalwarii.

W święto Podwyższenia Krzyża w 1764 roku rozpoczęły się nabożeństwa kalwaryjskie. Uczestniczyły w nich tłumy pątników z całego Śląska. Dwa lata później był gotowy schemat nabożeństw kalwaryjskich, który zresztą obowiązuje do dnia dzisiejszego. W 1767 roku o. Wacław Waxmański opracował specjalny modlitewnik na obchody: „Nowa Jerozolima albo Kalwarya całey Męki Jezusowey”. Wydaną po polsku „kalwaryjkę” przetłumaczył na niemiecki hrabia Filip Collona ze Strzelec Opolskich.

- Zwyczaj przychodzenia na obchody z kalwaryjką zachował się na szczęście aż do dziś - mówi o. Błażej. - Praktycznie wszyscy chodzą po dróżkach z książeczkami, więc wszyscy mogą się modlić i śpiewać. Jak ktoś zapomni kalwaryjki, zwykle kupuje na miejscu nową. Niektórzy starzy pątnicy mają w ten sposób w domu po 4-5 sztuk.

Pierwszą wielką przeszkodą w rozkwicie nabożeństw kalwaryjskich było wypędzenie franciszkanów w roku 1810 z powodu sekularyzacji zakonu. Opiekę nad pielgrzymami przejęli z konieczności wikariusze z okolicznych parafii, ale ruch pątniczy podupadł.

- Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych XIX wieku klasztor na Górze św. Anny objęli franciszkanie z Westfalii, przekonali się, że w niektórych kaplicach kalwaryjskich miejscowa ludność hodowała świnie - mówi o. Błażej Kurowski - zaś teren kalwarii, liczący pierwotnie 40 hektarów, został mocno przyorany przez rolników. Trzeba było na nowo prowadzić pomiary i stawiać graniczne kamienie.

Pod koniec wieku XIX pobożne wędrowanie po kalwaryjskich dróżkach rozkwitło na nowo. W roku 1871 - jak notuje w książce „Góra św. Anny. Centrum Pielgrzymkowe Śląska Opolskiego” ks. prof. Andrzej Hanich - na Podwyższenie Krzyża Świętego przybyło aż 300 tysięcy pątników, a rok później 100 tysięcy. W 1864 roku - w stulecie nabożeństw kalwaryjskich - tylko od połowy sierpnia do połowy września przez Górę św. Anny i kalwarię przeszło 400 tysięcy ludzi.

Później obchody kalwaryjskie w czasie wielkich odpustów na Górze św. Anny obchodzono podwójnie - po polsku i po niemiecku. Tak było od roku 1861 aż do wybuchu wojny.

- Góra św. Anny była z natury wielokulturowa - wspomina abp Alfons Nossol, emerytowany biskup opolski - wielkie odpusty były nawet potrójne. W jedną niedzielę po niemiecku, w kolejną po polsku, a w następną po czesku. Nasz sąsiad i wujek, kuzyn mojej mamy, był prawdziwym „łowcą odpustów”. Jeździł na nie trzy razy, tylko kalwaryjkę zmieniał za każdym razem na właściwą.

Franciszkanie opuszczali Górę św. Anny jeszcze dwukrotnie - wypędzono ich z klasztoru w 1875, podczas Kulturkampfu, i pod rządami hitlerowców w czerwcu 1941. Ta ostatnia ewakuacja była najszybsza. Kazano się zakonnikom spakować w trzy godziny.

Z dziecięcym wózkiem na dróżki

Po wojnie władze komunistyczne nie odważyły się już usuwać franciszkanów, chociaż w latach 50. zdarzały się złośliwości pod adresem pątników. „Nieznani sprawcy” rozrzucali potłuczone szkło na dróżkach, w tłum pielgrzymów wbiegał znienacka wypuszczony nie wiadomo skąd i przez kogo koń. Próby odebrania ojcom klasztoru pod pozorem, że są nazbyt proniemieccy, torpedował o. Barnaba Stokowy, więziony za swoją polskość w obozie koncentracyjnym.

- To był czas wielkich remontów na Górze św. Anny - wspomina ks. abp Nossol. - Pamiętam, jak któregoś razu byłem jako chłopiec z mamą na pielgrzymce, a o. Barnaba prosił o ofiary: „Ludzie, jakżeście już prziśli, to łotwórzcie nie ino wasze serca, ale tyż portmanyje” - wołał. I to działało. Mama wrzucała na ofiarę wszystkie grosze, jakie jej w tym momencie zostały. O lodach w powrotnej drodze trzeba było zapomnieć.

Kalwaria większych i mniejszych prac restauracyjnych domaga się właściwie stale.

- W ciągu ćwierćwiecza otoczyliśmy opieką co najmniej 28 kaplic - opowiada Helmut Paisdzior. - Wiele z nich doczekało się wymiany dachu, nowych elewacji, a nierzadko udawało się także odtworzyć zapomniane freski we wnętrzu kaplic. „Wieczernik” jest jedną z najpiękniejszych kaplic kalwaryjskich, ale jego problemy z wilgocią się nie skończyły. Ta kaplica jest jednym z tych obiektów na kalwarii, którymi w najbliższych dwóch latach trzeba się będzie prawdopodobnie zająć. Lata robią swoje. Takich wyremontowanych kaplic, które po latach znów domagają się restauracji, bo zamokła elewacja albo wiatrołom uszkodził dach, jest zresztą więcej.

Po trwającej ćwierć wieku aktywności fundacja ma kolejne plany - warunkiem ich realizacji są najpierw pozyskanie, a potem hojność sponsorów.

- Mamy do wykonania dwa duże zadania - przyznaje Helmut Paisdzior. - Na odnowienie czekają tzw. schody maryjne z trzema odnogami (jeszcze przed inflacją koszt prac był szacowany na około 500 tys. zł). Pilnego remontu wymagają także duże schody prowadzące z Rajskiego Placu do groty. Starszym pielgrzymom trudno po nich schodzić w czasie procesji, bo są już bardzo nierówne. Planujemy także wykonać porządny parking w sąsiedztwie kościoła i placu Trzech Krzyży.

Pan Paisdzior podkreśla, że kalwarię jest dla kogo remontować.

- O ile w wielu parafiach widać gołym okiem spadek liczby wiernych, to obchody i odpusty kalwaryjskie wciąż przyciągają tłumy - mówi. - A, co cieszy szczególnie, bierze w nich udział wielu młodych ludzi, rodzin z dziećmi, które po kalwaryjskich dróżkach wędrują. Więc kalwaria na Górze św. Anny z pewnością ma przyszłość.

Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!


Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
ReklamaSkład Opału
ReklamaHeimat
ReklamaOptyk Ptak
ReklamaRe-gat
zachmurzenie umiarkowane

Temperatura: 24°CMiasto: Strzelce Opolskie

Ciśnienie: 1017 hPa
Wiatr: 3 km/h

Reklama
ReklamaHelios
ReklamaIntermarche
ReklamaProjekt -raeume
Reklama