Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
środa, 29 lipca 2026 02:22
Reklama Filplast

Mogła być rozstrzelana, ale uszła z życiem. Wspomnienia Kresowiaków

W grudniu oficjalnie zawiązało się Stowarzyszenie Kresowe Strzelec, do którego należą potomkowie Kresowiaków, a także miłośnicy historii. W ramach projektu „Kresy - ocalić od zapomnienia”, który był realizowany we współpracy z Miejską i Gminną Biblioteką Publiczną w Strzelcach Opolskich powstała książka. Mirosław Maciaszczyk, Ludmiła Starzec i Andrzej Szmigiel podzielili się z nami swoimi wspomnieniami.
Mogła być rozstrzelana, ale uszła z życiem. Wspomnienia Kresowiaków
Mirosław Maciaszczyk, Ludmiła Starzec i Andrzej Szmigiel

Niesamowita więź

Ludmiła Starzec pochodzi z rodziny polsko-rosyjskiej. Urodziła się w 1949 roku w Kołomyi na Kresach.

- W 1957 roku moja babcia zadecydowała, że wraca do Polski do męża. Dziadek wyjechał wcześniej, dostał mieszkanie i pracę w cukrowni w Łagiewnikach koło Wrocławia. Pamiętam, że w Kołomyi na naszej ulicy mieszkało dużo Polaków i ludzi wielu narodowości. Wszyscy tworzyliśmy wielką rodzinę. Żyliśmy w biedzie, ale w przyjaźni. Wspólnie przeżywaliśmy radości i smutki - wspomina pani Ludmiła.

W Kołomyi chodziła do ukraińskiej szkoły i tam uczyła się języka ukraińskiego. 

- Ze względu na to, iż moja mama była Rosjanką, nie posługiwała się biegle językiem polskim, więc nasze rozmowy odbywały się w języku rosyjskim. Dziadkowie i mój ojciec rozmawiali ze mną w języku ojczystym. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Kołomyi w grudniu, żegnała nas cała społeczność. Było to niesamowite, jaka między nami była silna więź. Pamiętam, jak trzy razy wsiadałam i wysiadałam z pociągu. Podjęcie decyzji było dla mnie jako dziecka bardzo trudne. W Kołomyi zostawała moja mama i brat Igor. Zdecydowałam się jednak na wyjazd z bólem serca, będąc przekonaną, że reszta rodziny szybko do nas dołączy - wspomina strzelczanka.

Mimo wielu starań połączenie rodziny nigdy nie doszło do skutku, ponieważ mama była Rosjanką. Babcia była bardzo dobrą i ciepłą osobą, dawała wnuczce wiele ciepła i otuchy.

- Myślę, że tylko dzięki niej przetrwałam ciężki okres dorastania bez mamy. Po przyjeździe do Polski mogłam kontaktować się z mamą wyłącznie listownie. Listy mamy do mnie były pisane w języku rosyjskim, a moje do niej po polsku - wspomina Ludmiła Starzec. 

Kiedy przyjechały do Polski, była Wigilia, a w domu czekała na nie cała rodzina. 

- Było dużo łez szczęścia - wzrusza się pani Ludmiła. - Każdego roku święta przebiegały w rodzinnej atmosferze wśród śpiewu kolęd. Brakowało mi jako dziecku wspólnego kolędowania w Kołomyi. Pamiętałam, jak chodziliśmy od domu do domu przebrani, radośni z kolędą. Wszędzie byliśmy serdecznie przyjmowani - dodaje. 

Pani Ludmiła była chrzczona dwa razy. Pierwszy raz w Kołomyi w cerkwi, kiedy była malutka. Po przyjeździe do Polski, aby przyjąć pierwszą komunię świętą, została powtórnie ochrzczona w Kościele katolickim. Dobrze to pamięta, gdyż miał 9 lat.

- Miłe i radosne wspomnienia przeplatają się ze smutnymi wątkami. Pamiętam z opowieści babci, jak na naszej ulicy gonili Żydów do gazu. Jedna z Żydówek była żoną Polaka, dlatego nie groziło jej w tym czasie niebezpieczeństwo. Pewnego dnia naszą ulicą pędzono Żydów na stracenie, zobaczyła wśród nich swoją rodzinę. Więź między nią a rodziną była tak silna, że nie wahając się ani chwili, dołączyła do nich dzieląc ich los, zostawiając swego męża. Nawet teraz, kiedy o tym wspominam, czuję smutek i żal. Trudnym przeżyciem dla mnie jako dziecka był los ukochanego pieska Puszka. Przeczuwając rozstanie, zginął pod kołami samochodu dzień przed naszym wyjazdem - dodaje. 

Wszyscy przodkowie z Kresów

Cała rodzina Andrzeja Szmigla pochodzi z Kresów. Strona ojca mieszkała w Stanisławowie, który teraz nazywa się Iwano-Frankiwsk. 

- Dziadek był szewcem i rymarzem, utrzymywał rodzinę. Podczas okupacji jego córka, moja ciocia, została zabrana do Niemiec na roboty do bauera. Miała wtedy 16 lat. Później dostała się do obozu przejściowego i miała zamiar wrócić do Polski. Tutaj czekała na nią już rodzina, która zamieszkiwała w Racławicach Śląskich - mówi pan Andrzej. - Ciocia rozmawiała jednak z innymi w obozie, dowiedziała się, że jest możliwość wyjechania do Ameryki. Miała skończone 18 lat, napisała wniosek o azyl i się udało. Dostała się do Kanady, mieszka tam do dziś. Ma 96 lat - dodaje. 

Drugi dziadek pana Andrzeja, ze strony mamy, mieszkał pod Łodzią. Babcia pracowała jako pomoc domowa. Wcześniej oboje mieli swoje rodziny, ale ich małżonkowie zmarli. Postanowili się ze sobą pobrać, urodziło się im jeszcze siedmioro dzieci, w tym ojciec pana Andrzeja.

- Kiedy przyszło im przejechać na ziemie odzyskane, osiedlili się w Pomorzowicach (gmina Głubczyce). Tam poznali się moi rodzice i wzięli ze sobą ślub - dodaje pan Andrzej. 

Babcia schowana pod armatą

Mirosław Maciaszczyk wspomina swoją babcię, która urodziła się w 1900 roku w Busku. Dziadków nie pamięta. Babcia chodziła do szkoły w Busku. Posługiwała się biegle językiem niemieckim, rosyjskim, znała łacinę oraz hebrajski, bo do szkoły uczęszczały Żydówki. 

- W czasie II wojny babcia, aby przeżyć, sprzedawała wyprodukowaną przez siebie żywność we Lwowie. Żeby dostać się do Lwowa, musiała udać się do stacji Krasne, która była oddalona 6 km od Buska. Czasami korzystała z uprzejmości znajomych, którzy furmanką jechali w tą samą stronę. Pewnego dnia w Krasnym dowiedziała się od kolejarza, że do Lwowa będzie jechał pociąg wojskowy, który stał na sąsiednim peronie. Babcia niewiele myśląc schowała się pod plandekę, która przykrywała armatę. Kiedy pociąg zatrzymał się we Lwowie, a babcia wychodziła spod plandeki, zobaczył ją rosyjski oficer. Uznał ją za dywersanta, chciał ją zastrzelić. Długo nie zważał na tłumaczenia, błagania, lament, żywność, którą miała przy sobie. Kiedy babcia straciła już nadzieję, oficer puścił ją wolną - opowiada Mirosław Maciaszczyk. 

Jego babcia często wspominała swego ojca, który był kołodziejem, mówiła, że był złotą rączką m.in. zbudował krosno, na którym tkał.

- W 1910 roku w Busku wybuchł pożar, który swym zasięgiem objął większość miasta. Mój pradziadek własnymi siłami odbudował dom. Często dziadek dorabiał u hrabiny mieszkającej w Busku. Z opowiadań babci wiem, iż u hrabiny Badeni był browar, gorzelnia, stadnina, pola. Okoliczni mieszkańcy tam pracowali. Hrabina była dobrą kobietą, która życzliwie odnosiła się do ludzi. Pewnego dnia dziadka zabrali Niemcy, którzy się wycofywali z obawy, żeby nie zasilił wojska rosyjskiego. Niestety, dziadek tej drogi nie przeżył, mimo iż babcia go wykupiła. Wyczerpanie, głodówka przyczyniły się do jego przedwczesnej śmierci. Babcia została wdową z dwójką małych dzieci. Trzeciego najstarszego syna Kazimierza nie było, gdyż w wieku 16 lat wywieziono go na roboty. Z Buska przyjechała pod Tarnów z dziećmi, a następnie do Klisina w powiecie głubczyckim. Kazimierz przeżył wojnę, odnalazł matkę i rodzeństwo - opowiada pan Mirosław. 

W 1953 roku jego babcia słuchała radia Wolna Europa, tak jak większość Polaków. W tym czasie, gdy Stalin umarł, "życzliwy" sąsiad doniósł o słuchaniu niedozwolonej rozgłośni. Babcia dostała karę 2 lat więzienia. Po odbyciu półrocznego wyroku została zwolniona.

Żeby młodzi pamiętali 

W lipcu 2019 roku Mirosław Maciaszczyk pierwszy raz pojechał na Ukrainę. 

- Przeszedłem na emeryturę, stwierdziłem, że nie mogę już odwlekać planowanego od wielu lat wyjazdu. Wybrałem się motocyklem, ponieważ chciałem ominąć kolejki na granicy. Podróż dla mnie jako emeryta nie była zbyt łatwa. W drodze złapała mnie ulewa. Dojechałem późnym popołudniem przemoczony do suchej nitki do Buska. W Busku zatrzymałem się, aby zasięgnąć informacji, gdzie mogę zanocować. Okazało się, że zapukałem we właściwe drzwi, gdyż w tym domu mieściła się polska plebania. Zostałem ugoszczony. Proboszcz był moim przewodnikiem. Za każdym razem, kiedy jestem we Lwowie lub Busku, odkrywam nowe, ciekawe miejsca i ludzi - dodaje.

Mirosław Maciaszczyk poznał Danutę Skalską, prezes Towarzystwa Miłośników Lwowa w Bytomiu, oraz Grażynę Orłowską-Sondej, które przeprowadzają akcje pomocowe dla Kresowiaków.

- Z ich ekipami porządkowałem cmentarze. Będąc na kilku wykładach Tomasza Kuba Kozłowskiego w Strzelcach, zobaczyłem, że wiele osób jest zainteresowanych tematyką kresową. Powstał pomysł stworzenia w Strzelcach Stowarzyszenia Kresowian i się udało - mówi. 

Stowarzyszenie zaprasza wszystkich Kresowian, sympatyków oraz wszystkich zainteresowanych kultywowaniem tradycji kresowej na spotkania, które odbywają się w pierwsze środy miesiąca o godzinie 17.00 w miejskiej bibliotece. 

- Chcemy też aktywnie włączyć się w zbieranie dokumentów, pamiątek z Kresów, które będą wyeksponowane w powstającym muzeum kresowym w Brzegu. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt pod numerem 667 855 363. Dziękuję również wszystkim, którzy włączyli się w akcję „Zaświeć gwiazdko dla Polaków na Kresach”. Dary bezpiecznie dotarły na Ukrainę. Obdarowani gorąco wszystkim dziękują za pamięć o nich i wsparcie. Korzystając z okazji, w imieniu Zarządu Stowarzyszenia Kresowego Strzelec pragnę złożyć wszystkim zdrowych, spokojnych, pełnych rodzinnego ciepła świąt Narodzenia Pańskiego. Wszelkiej pomyślności w nowym roku - dodaje Mirosław Maciaszczyk.

Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"! 


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama Heimat
Reklama
Reklama
Reklama Maxima 2
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Ostatnie komentarze
J Autor komentarza: Jan Treść komentarza: Zawadzki policyjny show. Data dodania komentarza: 14.07.2026, 15:07 Źródło komentarza: Szczęśliwy finał poszukiwań 23-letniej kobiety z Zawadzkiego G Autor komentarza: Skinny Treść komentarza: Dość niejasny ten artykuł... Wyszła z domu za piętnaście druga po południu, a o drugiej zgłoszono jej zaginięcie i rozpoczęto poszukiwania? Czy czegoś tu nie doczytałem? Data dodania komentarza: 14.07.2026, 13:53 Źródło komentarza: Szczęśliwy finał poszukiwań 23-letniej kobiety z Zawadzkiego J Autor komentarza: Mieszkaniec Treść komentarza: Dostęp do Małej Panwi wystarczy nam. Data dodania komentarza: 8.07.2026, 22:39 Źródło komentarza: Moc atrakcji na wakacje w gminie Kolonowskie. Co znalazło się w programie? A Autor komentarza: Goroll Treść komentarza: Najlepiej pisać komentarze podczas pracy .Czy Smok twój przełożony wie ze wykorzystując czas pracy udzielasz się na forach . Piszesz o marnotrawstwie a sam nie jesteś w porzadku . W Kolonowkiem wiemy kim jesteś . Data dodania komentarza: 8.07.2026, 17:39 Źródło komentarza: Zarośnięta rzeka i rowy w gminie Kolonowskie. Jest plan na rozwiązanie problemu J Autor komentarza: Jowita Treść komentarza: Panie Starosto Gaida a czy ma Pan tyle odwagi żeby przedstawić opinii publicznej jak w strzeleckim szpitalu wygląda rachunek kosztów a zwłaszcza poziom wynagrodzeń lekarzy (np. na wykresie). Kluczowe się również wydaje pytanie czy po doniesieniach medialnych z całej polski o patologiach w służbie zdrowa, w strzeleckim szpitalu była przeprowadzona rewizja finansowa ze strony starostwa jako właściciela szpitala? Jeśli tak to co z niej wyszło? Jeśli nie to dlaczego? Strzelecki szpital ma 42 mln długu, ten rok zamknie deficytem więc Panie Gajda czas stanąć przed mieszkańcami i odpowiedzieć na zadane pytanie. Panie Starosto zawsze może sobie Pan wziąć do pomocy Pana Romana Kolka z Jemielnicy (nie gdyś wicemarszałka województwa - na całe szczęście już nim jest) który zawsze uśmiech od ucha do ucha i jasno twierdził że służba zdrowia potrzebuje tylko forsy forsy i forsy a teraz wiemy na co te pieniądze idą. Może Romanie skomentuje to Pan a nie tylko uściski dłonie. Panie Starosto zero złotych na szpital z kasy powiatu!!! Najpierw się doi strzelecki szpital z pieniędzy, tylko podwyżki i podwyżki a potem personel szpitala obawia się konsolidacji. A co wy w tym szpitalu myślicie że podatnicy mają więcej dać żeby wyście mieli? To jest taka patologia że się w głowie nie mieści. Data dodania komentarza: 8.07.2026, 12:06 Źródło komentarza: 42 mln zł długu. Trwa spór o przyszłość strzeleckiego szpitala S Autor komentarza: Smok Treść komentarza: A w tym samym numerze w Strzelcach Op. piszą, że poziom wody gruntowej spadł o 7,5 metra. I trudno jakoś ludziom połączyć fakty, najlepiej zapewnić, najlepiej na stronie głównej - "WODY NIE ZABRAKNIE". Wody będzie brakować, bo jest jej coraz mniej, staw w Jemielnicy wyschnięty, w Gąsiorowicach wyschnięty, na Małej Panwi kajakami już się nie da, bo mało wody, ale gdy bobry za darmo odtwarzają nam retencję wody, to wtedy stają się pasożytami. Ludzie, opamiętajcie się, my nie szanujemy wody, za kilka, kilkanaście lat będziemy za nią płakać. Powinniśmy zrobić wszystko, by jak najwięcej jej zachować, na łąkach, w lasach, bagnach, mokradłach, by nie pozwolić jej spływać do rzek i morza. Przekopanie rowów na łąkach od razu spowoduje jej odpływ i dalsze obniżenie jej poziomu w gruncie. Bobry robią świetną robotę zatrzymując ją na miejscu, a my wylewamy ją często bezsensownie na głupie zachcianki, jak np. właśnie w Kolonowskiem naprzeciwko kościoła, gdzie dzień w dzień jakiś mieszkaniec podlewa trawkę przy drodze, bo musi przecież mieć wokół domu zielono. To czyste marnowanie tej wody stojące w czystej kontrze do coraz powszechniej się pojawiających sygnałów, że wody mamy za mało i jest jej coraz mniej. Najprościej bobry przegonić, wodę z łąk spuścić, a wodą w kranach niech się przejmują władze, w końcu one od tego są, czy nie tak? To wygodne podejście tylko, że krótkowzroczne i bardzo egoistyczne. Data dodania komentarza: 8.07.2026, 08:47 Źródło komentarza: Zarośnięta rzeka i rowy w gminie Kolonowskie. Jest plan na rozwiązanie problemu
Reklama