Był mroźny, bardzo mroźny zimowy dzień, poniedziałek, 22 stycznia 1945 roku – zaczyna swoje wspomnienia Josef Hadaschik. Tego dnia Armia Czerwona zdobyła Łąki Kozielskie (Wolfswiesen) oraz Kuszówkę (Kuschhofen).
– Niektórym mieszkańcom udało się uciec w nocy do Raszowej (Mittenbrück), która w tym czasie nie była jeszcze okupowana. Większości to nie pomogło, ponieważ rozpoczęła się obława. Zwłaszcza kobiety były ścigane jak zwierzyna łowna. Każdy, kto sprzeciwiał się tej przemocy, był bezlitośnie rozstrzeliwany – wspomina.
Pan Wilhelm Mateja wspomina, że jego babcia Anna Mateja (z domu Krahl) często opowiadała o wkroczeniu Armii Czerwonej na Kuszówkę.
– Mówiła, że Rosjanie przyszli przez las najpierw do Sigmunta, a później do nas, do Matejów. Zgromadzona przy stole rodzina właśnie spożywała obiad. Rosjanin wszedł do kuchni w momencie, gdy stojący na bifeju¹ zegar wybił południe. Żołnierz tak się przestraszył, że oddał w stronę zegara serię strzałów. Pech chciał, że w ten sposób przez ścianę zabił krowę. Pochowali ją później w lesie, w leju po bombie. Nawet wiem dokładnie gdzie, bo pokazywał mi to miejsce ojciec.
Członkowie rodziny zostali zapędzeni do lasu, skąd obserwowali, jak pali się ich dom wraz z całym dobytkiem.
– Żołnierz wygonił ich z domu, a następnie podpalił dylówka² – dopowiada pan Wilhelm.
Świadkiem wydarzeń była obecnie najstarsza mieszkanka Kuszówki pani Jadwiga Slawig z domu Walla. W 1945 roku skończyła 14 lat. W wywiadzie z Ewą Czeczor nagranym w maju 2022 roku wspominała:
„Moja matka powiedziała, że Rusy przyjdą, więc nastawi więcej kartofli i damy im jeść, bo też by na pewno chętnie coś zjedli. […] Przyszli do nas w środku dnia, było tak wpół do drugiej. Moja matka im zaproponowała, żeby coś zjedli. Powiedzieli, że nie są głodni. Zapytali, gdzie jest ojciec, czy jest na wojnie. Powiedzieliśmy, że on na wojnie w ogóle nie był. Jeden lub dwóch rosyjskich żołnierzy zaczęło awanturę, twierdząc że tutejsi mężczyźni byli na wojnie i że na pewno zabijali Rosjan. Mojego ojca wyprowadzili na plac, popychali go i tam go zastrzelili.
A od mojej siostry, od Chwałczyny chłop, to oni byli rok po ślubie. Był młody, wydaje mi się, że miał 26 lat i w ogóle nie był w wojsku. I go też wypchnęli na podwórko, oskarżając go, że zabijał rosyjskich żołnierzy. […] I moja siostra była w ciąży i to wszystko widziała. Widziała męża jak leżał na placu, a ona, ona dopiero będzie rodzić”.
Pani Slawig opowiadała różne historie z przeszłości. Kiedy wspomina to wydarzenie, jej głos się zmienia. Słuchając mam wrażenie, że ma przed oczami tamtą sytuację sprzed osiemdziesięciu lat. „Jeszcze dzisiaj mogę Ci dokładnie pokazać, w którym miejscu oni stali, gdy ich zastrzelono. To, to wiam – w którym miejscu. Na tym placu oby dwóch zastrzelili” – opowiada Ewie Czeczor.
Josef Hadaschik tak pisał o tym zdarzeniu: „W ten sposób zginął na przykład stary ojciec Valentin Walla i jego zięć Georg Tomecki, gdy obaj stanęli w obronie swoich żon. Żona Valentina Walli i jego córka, która była w zaawansowanej ciąży, musiały przyglądać się morderstwom. Ich dom również został podpalony i uległ spaleniu”.
Pani Slawig przypomina sobie dramatyczną ucieczkę: „A jak ich zastrzelili to za 15 minut zauważyliśmy, że tu się dymi. Wiesz, z domu. Patrzymy, a tu gore. Podpalili w izbach. Co mieliśmy zrobić. Tak jak byliśmy, matka moja, ja, siostra moja Chwałczynoł, tak jak byliśmy wyszliśmy z domu, bo tu już gorało. Przeszliśmy przez plac, przez płot. […] Przeszliśmy obok ich ciał. Ich krew leżała już obok nich, a my przeszliśmy tam jak gdyby nigdy nic, choby po niczym”.
Kobiety schroniły się u sąsiadów, ale również tam po krótkim czasie wybuchnął pożar. „I uciekaliśmy do Świergotów, wiesz, tam na rogu. A tam u tego Świergota w jednej izbie, tam było już pełno Rusów. […] Byliśmy u tych Świergotów kilka dni, a potem dostaliśmy się do Łąk”.
Siostra pani Slawig, którą w wywiadzie za każdym razem nazywa „Chwałczynoł”, to Maria z domu Walla, po drugim mężu Chwałek. Jej pierwszym mężem był Goerg Tomecki z Żor, który został zastrzelony na oczach ciężarnej żony 22 stycznia 1945 roku. Pod koniec marca rodzi się na Kuszówce ich córka Anna, która do dziś mieszka w Raszowej. Wszystko, co wie o rodzonym ojcu, wie od swojej babci, która opowiadała jej również o wydarzeniach wojennych.
– Podobno rosyjskie kobiety były gorsze od mężczyzn. Babcia i mama bardzo się bały, że Rosjanie znowu przyjdą, kiedy nadejdzie czas porodu. Krótko po moim narodzeniu rzeczywiście pojawiły się u nas ruskie kobiety i przygotowanymi dla mnie kaftanikami czyściły swoje karabiny. Podobno strasznie płakałam, aż w końcu zjawił się rosyjski dowódca. Rozkazał kobietom opuścić nasz dom, tłumacząc, że matka po porodzie i nowonarodzone dziecko potrzebują spokoju i nie należy im przeszkadzać.
Na stronie prowadzonego przez Roberta Primke i Macieja Szczerepę projektu „Bóbr 1945” czytam notatkę dowództwa Armii Czerwonej sporządzoną 23 stycznia 1945 w okolicy Raszowej. Dowiaduję się, że mieszkańcy Kuszówki zostali wzięci w niewolę, ponieważ oskarżono ich o zamiar ataku na sztab dywizji. Nie znajduję takich informacji w dostępnych materiałach. Być może ma coś wspólnego z historią, którą dzielą się ze mną mieszkańcy. Jeden z mężczyzn, który również schronił się w domu rodziny Świergot, wskutek choroby nie panował nad swoim ciałem, a na jego twarzy pojawiały się różne grymasy. Rosjanie okrutnie go pobili. Znęcali się nad nim, ponieważ myśleli, że ich przedrzeźnia. Kiedy po jakimś czasie kompletnie pijany oprawca zaległ na podłodze, mocno dotknięty przemocą wobec schorowanego sąsiada właściciel domu miał zamiar zabić żołnierza. Powstrzymały go jednak kobiety.
Na pomniku ofiar II wojny światowej widnieje kolejna osoba z Kuszówki: Bronislaw Willner. Jego tragiczną śmierć opisał Josef Hadaschik: „Inny mężczyzna – Bruno Willner, którego żona uratowała z płonącego domu, również zdołał uciec w ciemności w kierunku Mittenbrück. Tam ukrył się w schronie przeciwlotniczym, a następnie w rurach rowów melioracyjnych. Żołnierze Armii Czerwonej go tam wytropili. […] Z okrzykami śmiechu został zapędzony z powrotem na Kuszówkę. Tam dotkliwie go pobito i wrzucono żywcem w ogień płonącej stodoły. Żołnierze zamknęli stodołę, więc ciężko ranny, poniósł straszliwą śmierć w płomieniach. Kobieta znalazła później w spalonej stodole jedynie szczątki ojca trójki swoich dzieci”.
Część mieszkańców uciekła przed przyjściem frontu, inni dopiero później. Jak przodkowie pani Bernadety Mateja, którzy udali się w stronę Raszowej. Całą drogę bali się o swoje życie, ponieważ koło Sojki³ na ziemi leżał rosyjski żołnierz i trzymał ich na muszce. Dopiero za nasypem kolejowym mogli poczuć się bezpieczniej. Schronienie znaleźli u krewnych na ulicy Szkolnej.
„Jedni się bali, a inni nie. Tu też u sąsiada twierdzili, ludzie w wieku mojego ojca, że nie będzie tak źle, może będzie lepiej niż za Niemca. A potem się okazało w co się ta dobroć obróciła” – mówi pani Slawig. – „Rosjanie stopniowo szli dalej, ale czasami się pojawiali. Wtedy szliśmy do lasu i chowaliśmy się w rowie i obserwowaliśmy, a kiedy Rosjanie wyjeżdżali szliśmy znowu do domu. Kryliśmy się przed nimi. Dobrze wiem, w której krzipopie4 się chowaliśmy. Rosjanie już tu nie stacjonowali, a raz po raz wracali i rabowali. A głupie to było. Jak słyszeli tykanie zegara to go rozwalali, bo się bali, bo coś tyka” – dodaje.
Front pojawił się na Kuszówce niespodziewanie, a wraz z nim śmierć, strach, grabieże.
Zegary przestały tykać, ale czas płynął dalej…
- 1 bifej – śląskie określenie na kredens kuchenny
- 2 dylówka – śląskie określenie na podłogę z desek
- 3 w 1945 roku w tym domu mieszkała rodzina Migocz
- 4 krzipopa – śląskie określenie na rów
Więcej materiałów - Moniki Twardoń o Tragedii Górnośląskiej na naszych ziemiach na stronie: apokalipsawraszowej.wordpress.com
Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!








Komentarze