O Henryku Wałaszku pisaliśmy już na łamach "Strzelca Opolskiego", kiedy spod Opola dojechał rowerem nad polskie morze w czasie krótszym niż 24 godziny. I już wtedy zapowiadał, że to dopiero początek wyzwań. Na kolejny cel wybrał legendarną trasę Camino de Santiago - pielgrzymkowy szlak prowadzący do Santiago de Compostela w Hiszpanii, gdzie - według tradycji - znajduje się grób św. Jakuba Apostoła. Postanowił dokonać tego, czego nikt w jego wieku i z jego chorobą wcześniej nie zrobił: wyjść z własnego domu i pieszo dojść do Hiszpanii.
Nie dam rady?
Decyzja o wyprawie była wynikiem przemiany wewnętrznej.
- Postanowiłem zmienić wiele rzeczy w swoim życiu - przypomina Henryk Wałaszek. - Zaczęło się od zapuszczenia włosów, zmianie nawyków, postawienia sobie nowych celów, które sukcesywnie realizowałem. Jednym z nich było dotarcie rowerem nad morze w niecałą dobę. Drugim - piesza pielgrzymka z Kolonowskiego do Santiago de Compostela. Nie orientowałem się w sensie Camino, aż spotkałem byłego naszego proboszcza, ks. Piotra, który jako pierwszy w tej okolicy zaczął chodzić na Camino. Zarówno mnie, jak i innym ludziom uświadomił, co to znaczy. Wielokrotnie rozmawialiśmy na ten temat, ale tak naprawdę to nigdy nie było moim marzeniem ani wyzwaniem. Coś kazało mi tam iść, więc zdecydowałem, że pójdę.
Kiedy pan Henryk ogłosił swoją decyzję, zamiast wsparcia, spotkała go fala krytyki. Słyszał, że nie da rady, że nikt tego nie zrobił, że powinien sobie odpuścić...
- Nie usłyszałem ani jednego wsparcia "dasz radę". Ale to dało mi kopa do działania. Ja nie dam rady? Ja nie zrobię? - wspomina mężczyzna i opowiada o przygotowaniach. - Wiedząc, że 90% sukcesu siedzi w głowie, skupiłem się na treningu mentalnym. Fizyczne przygotowania natomiast polegały na spacerach po 20 km dziennie, z czasem dokładałem 7-kilogramowy plecak.

Początkowo pan Henryk szukał na Facebooku osób, które poszłyby z nim. Jednak - bezskutecznie.
- W grudniu ubiegłego roku już wiedziałem, że pójdę sam - mówi.
Henryk Wałaszek wyruszył spod domu 16 marca. W plecaku niósł namiot, karimatę, śpiwór, kilka par butów i zapas insuliny. Wybór wiosennego terminu był podyktowany zaawansowaną cukrzycą.
- Wiosną cukier jest stabilniejszy, a poza tym wolałem zmarznąć niż iść w upale. Ponadto insulina w temperaturze 40 stopni by się zagotowała, a bez niej wytrzymałbym maksymalnie dwa dni - opowiada.
Trudna droga
Ostatecznie wybór padł na najkrótszą trasę prowadzącą przez Czechy, Niemcy, Francję i Hiszpanię. Dziennie piechur pokonywał od 30 do 40 kilometrów, głównie drogami polnymi, wybieranymi ze względów bezpieczeństwa. Plan zakładał, że co drugi tydzień w niedzielę będzie odpoczynek całodniowy, spanie w hotelu, regeneracja sił. Rzeczywistość zmuszała jednak pana Henryka do spania na dworze, bo albo pensjonaty były jeszcze zamknięte, albo nie było dostępnego noclegu.
- Często sypiałem pod wiatami, w altankach czy ambonach myśliwskich. Momentami myślałem, że zamarznę, ale wstawałem i szedłem dalej. W Czechach było najgorzej z noclegami, a jeszcze na etapie planowania myślałem, że jak w Polsce na każdym kroku spotkam pensjonat albo kwatery agroturystyczne. Szedłem cały czas z nawigacją i było kilka momentów, że zawiodła, więc musiałem sam zdecydować, którą drogą iść, momentami natrafiałem na mokradła, krzaki i zmuszony byłem się przedzierać, bo nie chciałem marnować czasu na zawracanie i szukanie innej drogi. Niejednokrotnie stacje paliw były miejscem, gdzie mogłem odpocząć, ogrzać się czy napić kawy, której zresztą przez całą wyprawę wypiłem bardzo dużo - opowiada.
Pan Henryk czekał na kryzys fizyczny - dużo nasłuchał się o tym, że może taki nastąpić po kilku dniach wędrówki - i choć nie dopadł go w pełni, to organizm upomniał się o swoje.
- Przy spalaniu około 4000 kalorii dziennie i pilnowaniu diety, w pewnym momencie odczułem brak magnezu. Nie wiem, czemu go nie zabrałem, to takie oczywiste, a jednak mi umknęło. Na szczęście znalazłem aptekę i po kilku dniach dolegliwości ustąpiły.

Wysiłek był ekstremalny. Stały chód z prędkością ok. 5 km/h, zróżnicowane uwarunkowania terenu oraz okresowe niedojadanie sprawiły, że pielgrzym z Kolonowskiego schudł 13 kilogramów i całkowicie zużył trzy pary butów. Każdego dnia swój trud ofiarowywał za inną bliską mu osobę.
Aniołowie są stąd
Mimo że pan Henryk wędrował przez całą Europę, to czuł się bezpieczny. Choć sypiał pod gołym niebem, nie spotkało go nic złego - nikt go nie zaatakował ani mu nie groził. Samotna wyprawa dała mu coś wyjątkowego.
- Dzisiaj uważam, że nie mogło mnie spotkać nic lepszego niż to, że poszedłem sam. Dzięki wędrówce w pojedynkę mogłem poznać siebie, swoje możliwości. Bardzo często rozmawiałem z Bogiem. Każdy kilometr był okazją do podziwiania natury, na co w codziennym biegu po prostu nie ma czasu - mówi.
Ostatniego dnia w Czechach przeszedł prawie 45 kilometrów po górach.
- Mapa Google pokazywała mi, że w pobliżu powinny być trzy pensjonaty. I rzeczywiście - były, ale wszystkie zamknięte. Kiedy marzłem, pomyślałem, że już nie wytrzymam kolejnej nocy pod gołym niebem. Szedłem zły, zmęczony, gdy nagle jakaś postać zaczęła dotrzymywać mi kroku. To kobieta w moim wieku. Zapytała, czy szukam noclegu. Po czym wskazała mi dom, gdzie mam zapukać i tam będzie dla mnie nocleg. Poszedłem, zapukałem, otwarła mi pani, zapytałem o nocleg i... okazało się, że jest dostępny jeden pokój. Tego pensjonatu nie było na mapach. Rano, kiedy zszedłem na śniadanie, posiłek był już przygotowany, ale nikogo nie było, zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę - opowiada niesamowitą historię.
- Innym razem, już w Hiszpanii, w sobotni wieczór chciałem kupić prowiant, a sklepy były zamknięte. I oto, stoję przy witrynie sklepowej, oczywiście zmęczony, i myślę, co zrobić. Znowu podchodzi do mnie kobieta i jak poprzednio - mimo że jesteśmy w Hiszpanii - pyta w zrozumiały przeze mnie sposób, czy jestem głodny. Mówię, że nie, ale muszę zrobić zapasy, a ona pokazuje, gdzie jest czynny sklep (którego na mapach nie było). Takich sytuacji było kilka - przekonuje pan Henryk. - Może ktoś powiedzieć: to zmęczenie, skoki cukru, przypadek, ale ja wiem swoje... ktoś nade mną czuwał.
Cel
27 czerwca Henryk Wałaszek dotarł do celu wędrówki.
- Dopiero 6 kilometrów przedtem uwierzyłem, że może mi się udać. I choćbym miał się doczołgać - nie mogłem się poddać. Kiedy wszedłem na plac przed katedrą, przez pół godziny płakałem ze szczęścia, wszystkie emocje opadły. Kilka godzin spędziłem w katedrze. To była radość nie do opisania. W tym czasie w Hiszpanii temperatura sięgała już 36 stopni w cieniu - wspomina.
Choć duchowe doświadczenia są najcenniejszym efektem pielgrzymki, jej skalę obrazują liczby. Całe przedsięwzięcie, obejmujące zakup sprzętu, od skarpetek po buty, zapasy insuliny oraz koszty utrzymania na trasie, zamknęło się w kwocie 12 tys. euro. W ciągu czterech miesięcy marszu pan Henryk pokonał dystans 3000 km, tracąc przy tym 13 kg wagi. O intensywności wędrówki świadczy fakt, że zużył trzy pary butów. Spał w 50 hotelach, a drugie tyle nocy spędził praktycznie pod gołym niebem.
Pan Henryk jest obecnie bliski ukończenia swojej książki, w której opisze każdy etap tej podróży. Najważniejszym jej przesłaniem będzie niewątpliwie myśl, że największe bariery budujemy sobie sami w głowie - ale można je pokonać.
Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!







Komentarze