Ponad 75 wystawionych sztuk teatralnych oraz humoresek i cztery pokolenia aktorów. Jak na małą wioskę liczącą około 400 mieszkańców, to ewenement na skalę krajową. Amatorski Zespół Teatralny Tradycja z Rozmierzy działa z małymi przerwami począwszy od 1949 roku, sięgając po ambitny repertuar: Moliera, Aleksandra Fredry, Jerzego Szaniawskiego, Nikołaja Gogola, Antona Czechowa... Od kilku lat Tradycja wystawia spektakle w mowie śląskiej, co sprawia, że działalność grupy nabrała dodatkowego wymiaru kulturowego – ochrony dziedzictwa regionalnego. W pierwszych latach po wojnie było dokładnie odwrotnie: władza ludowa przychylnym okiem patrzyła na działalność teatru, bo sztuki były wystawiane po polsku, co w przypadku tzw. „ziem odzyskanych” wiązało się z upowszechnianiem nowego języka wśród mieszkańców śląskich wsi, którzy posługiwali się przeważnie gwarą lub niemieckim.
Teatr z Rozmierzy różni się od teatrów z miasta. Aktorami są budowlańcy i ekonomiści, informatyk, magazynier, masażystka i laborantka. Na początku byli to głównie rolnicy i dlatego działalność teatru dostosowana była do rytmu natury. Od jesieni do wiosny, podczas przerwy w pracach polowych, ludzie mieli więcej wolnego czasu i wtedy sztuka wkraczała pod wiejskie dachy. Nie tylko w postaci aktorstwa: tworzono dekoracje, muzykę, choreografię... Zimą także mieszkańcy mieli więcej czasu i właśnie wiejski teatr był dla nich przez wiele lat główną rozrywką. Każdy spektakl wystawiany był kilkakrotnie: osobno dla dzieci, osobno dla dorosłych i nie tylko w Rozmierzy, bo zdarzały się i gościnne występy w innych miejscowościach, co, biorąc pod uwagę ograniczenia transportowe w latach 50. czy 60., było wielkim wyzwaniem: aktorzy wraz ze scenografią przemieszczali się wozami konnymi, a zimą saniami. Teatr z Rozmierzy od samego początku cieszył się renomą i do dziś na występy przyjeżdżają widzowie nie tylko z terenu powiatu, ale nawet z sąsiednich województw.
Jak to się zaczęło
Zaczęło się w roku 1949: spontanicznie i dość zaskakująco. Z inicjatywą wyszedł nieżyjący już Franciszek Klyszcz, założyciel Ludowego Zespołu Sportowego Rozmierz. Początki LZS były trudne: zawodnicy nie mieli butów, koszulek, spodenek, nie było też za co kupić siatki do bramek czy wapna do namalowania linii na boisku.
– No i Franciszek Klyszcz wpadł na pomysł, żeby założyć teatr i zarobić na biletach. I tak piłkarze stali się równocześnie aktorami, a prezes LZS – szefem teatru – opowiada Teresa Chudala, która od 2002 roku pełni rolę kierownika teatru Tradycja. – Możliwe, że to miało być na chwilę, a przetrwało do dziś. Bo okazało się, że wszyscy – i zespół, i publiczność – świetnie się przy tym przedsięwzięciu bawią i tak rok w rok pojawiał się pomysł na nowy spektakl.
W pierwszych latach każde przedstawienie musiało uzyskać akceptację powiatowego wydziału kultury: nie mogło być akcentów narodowych ani pokazywać aktualnych problemów społecznych. Ale też ruch teatrów ludowych miał państwowe wsparcie, więc rozwijał się dynamicznie: były drukowane zeszyty z proponowanym repertuarem, były warsztaty i szkolenia, można było wypożyczać ze zniżką stroje i oświetlenie...
Pierwsza premiera miała miejsce w roku 1949 i było to „Na ratunek” autorstwa Józefa Słotwińskiego i Zbigniewa Skowrońskiego – dramat polityczny opowiadający o międzynarodowej mobilizacji i solidarności ludzi ruszających z pomocą rozbitkom z katastrofy polarnej. Potem każdy rok przynosił kolejną premierę, a w 1954 wystawiono dwie sztuki: „Ciocie na wydaniu” Antoniego Lachowicza i „Piękną Elfrydę” Antoniego Lange. Czasem zdarzały się nawet trzy tytuły rocznie. A począwszy od roku 1971, najczęściej był to duet: dramat pełnospektaklowy plus jednoaktowa humoreska i na zakończenie piosenka. W roku 1981 zdarzyły się aż trzy humoreski: „Historia bez słów”, „Bartek 15 minut żonaty” i „O pijaku” – wszystkie Antoniego Lachowicza.

W pierwszych latach działalności teatru próby odbywały się w domach aktorów, a występy w karczmie Ernsta Noconia. Nie było tam sceny, więc aktorzy wraz z reżyserem i kierownikiem grupy sami ją sobie budowali i każdorazowo rozbierali. Z kronik wiejskich wynika, że karczmę zamknięto w 1954 roku, ale właściciel pozwalał nadal na próby i występy. I tak było aż do roku 1961, kiedy to w czynie społecznym mieszkańcy zbudowali świetlicę.
Do płaczu i do śmiechu
Początkowo w teatrze grali jedynie dorośli. Grupy dziecięce pojawiły się dopiero w latach 90. – założyła je Teresa Chudala. Dziś, jako kobieta ponadsześćdziesięcioletnia, wspomina, jak jako mała dziewczynka zasiadała podekscytowana na widowni i oklaskiwała aktorów. Pewne kwestie, które rozbawiły ją wtedy do łez, pamięta aż do teraz.
– Czekaliśmy na premierę prawie jak na Boże Narodzenie, to było wielkie wydarzenie – mówi pani Teresa. – Do miasta było daleko, nie mieliśmy rozrywek. Siedzieliśmy na widowni jak zaczarowani, dla dzieci to było jak magia. Już na kilka tygodni przed premierą wszyscy pytali: Co to będzie? O czym tym razem? Teraz zresztą jest tak samo, choć każdy może sobie w domu na laptopie oglądać spektakle z Warszawy czy z Londynu, koncerty z Wiednia i Nowego Jorku. Reżyserowanie sztuk przejął kilka lat temu mój zięć – Patryk Klos, który bardzo mocno podniósł poprzeczkę, jeśli chodzi o repertuar, i należy mu się za to duże uznanie. Ja pozostałam kierownikiem i zajmuję się sprawami organizacyjnymi, pomagam, jak umiem: szyję stroje, załatwiam, co trzeba, kseruję teksty... Ale teraz to jego zasypują wszyscy pytaniami. Teatr ma swój profil na Facebooku: tam publikowane są zdjęcia z prób, a ludzie zgadują: Jaki autor? Jaki tytuł? Ten teatr mocno wrósł w naszą małą społeczność, jest jednym z jej filarów.
Tegoroczna premiera odbędzie się 15 listopada, a facebookowicze już odgadli na podstawie podpowiedzi, że wystawiony będzie „Szekspir ze Śląska” – dramat napisany specjalnie na zamówienie przez pochodzącego spod Strzelec Opolskich dr. Michaela Sowę. Będzie też dodatkowo jednoaktówka – „Panna Maria 1944” Romana Gatysa z Tułowic. Oba spektakle w języku śląskim.
– Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, aby nie popsuć przyjemności widzom – mówi reżyser, 30-letni Patryk Klos. – Powiem tyle, że oba poruszają tematykę lokalną. W przypadku sztuki głównej jest to bardziej na poważnie, a w jednoaktówce przedstawione w konwencji tragikomicznej. Akcja dzieje się w czasie wojny, ale problematyka, jaką przedstawia, pokazana jest lekko, z przymrużeniem oka. Mamy taką zasadę od lat: widz powinien wyjść odprężony.
Patryk Klos, kiedy zajął się reżyserowaniem w Tradycji, postawił sobie za cel, aby spektakle były mocniej powiązane z regionem, nie tylko językowo, ale również fabularnie, opowiadały o sprawach bliskich widowni.
– Aby ludzie mogli u nas zobaczyć to, czego nie zobaczą na deskach teatrów z wielkich miast – podkreśla reżyser. – No bo formuła starych teatrów ludowych się już wyczerpała, a sztuka nowoczesna, awangardowa nie bardzo tu do nas pasuje. Kolejna rzecz: widownia jest dziś o wiele bardziej wymagająca. Aby ją zainteresować, trzeba pokazać coś wyjątkowego i zarazem coś, z czym widz będzie się identyfikował, czyli dramaty tutejszych mieszkańców, naszych przodków, ludzi z sąsiednich wiosek czy powiatów.
Znalezienie takich tekstów jest wielkim wyzwaniem, ale kilka lat z rzędu się udało. Najpierw w 2022 roku wystawił „Autochtonkę” Kazimierza Gołby, opowiadającą o powojennych perypetiach dwóch rodzin z opolskiej wsi, inspirowanych historią służącej z Rogoźnicy. Co ciekawe, było to pierwsze wystawienie tego dramatu na scenie. Rok później była premiera „W cieniu jesionowego drzewa” – sztuki napisanej przez Monikę Raczek z Otmic, opowiadającej o potomkach rodziny, która po wojnie wyjechała z rodzinnej wsi do Niemiec. Opowiada o rozluźnianiu więzi między pokoleniami, o różnicach mentalnych między tymi, którzy wyjechali, a tymi, którzy pozostali na ojcowiźnie.
W 2024 roku – na jubileusz 75-lecia Tradycji – wystawione zostało „Tam, gdzie nie pada” dr. Michaela Sowy, dramat napisany na podstawie powieści o tym samym tytule, opowiadającej o emigrantach, którzy wyjechali w XIX wieku z Płużnicy Wielkiej i przez ocean przybyli do Teksasu, by założyć osadę Panna Maria.
– Płużnica to sąsiednia wioska, ale również i stąd, z Rozmierzy, wyjechali emigranci do Teksasu, więc pomyślałem, że historia ta będzie bliska naszym mieszkańcom – dodaje Patryk Klos. – Spodobało się, więc w tym roku opowiemy o potomkach tych emigrantów, którzy w 1944 roku wracają przez ocean jako żołnierze Polonii i okazuje się, że nie potrafią się dogadać z Polakami, bo mówią po śląsku. Ale za to znajdują wspólny język z żołnierzami Wehrmachtu, których wzięli do niewoli, bo oni też są Ślązakami. To zarazem i tragiczne, i śmieszne, ta humoreska pokazuje, jak skomplikowana jest historia śląskiej ziemi, a w szerszym kontekście symbolizuje szeroko pojęte problemy z komunikacją między ludźmi.

Magia teatru
Magia teatru działa na publiczność i na występujących. I jest zaraźliwa. Patryk Klos jest tego przykładem.
– To nasz pierwszy członek Tradycji, który nie pochodzi z Rozmierzy, przeprowadził się po ślubie z moją córką, no i złapał tego – jak to mówią – bakcyla – mówi Teresa Chudala. – W naszej wiosce nie ma domu, gdzie ktoś by nie grał kiedyś lub teraz w teatrze. A są rodziny, w których był to dziadek z babcią, potem ich dzieci, dzieci tych dzieci, no i teraz już wnuki należą do sekcji dziecięcej.
Patryk Klos przyznaje, że teatr potrafi porwać. No bo najpierw tylko pomagał szukać teściowej tekstów do spektakli: studiował w Katowicach (pochodzi z województwa śląskiego), więc penetrował tamtejszą bibliotekę, dzięki posiadanym kontaktom docierał też bezpośrednio do autorów. Potem został suflerem. Następnie awansował na aktora, a w końcu wziął się za reżyserkę. Ostatnio coraz trudniej mu jednak pogodzić pracę zawodową i obowiązki rodzinne (jest tatą czwórki dzieci) z pasją. Jego żona – Kinga (córka pani Teresy) – też grała w Tradycji i to przez wiele lat. Przy czwórce dzieci stało się to już niemożliwe i skapitulowała, oddając pole do działania młodszym.
– On też co roku mówi, że ostatni raz reżyseruje, ale wszyscy mamy nadzieję, że tak się jednak nie stanie, no i jak już ktoś zacznie przygodę z teatrem, trudno jest to rzucić – mówi pani Teresa.

Członkowie Tradycji często dzielą kilka funkcji. Na przykład Weronika Roesner jest aktorką. Równocześnie pomaga pani Teresie przygotowywać do występów sekcję dziecięcą. Prowadzi też teatralnego Facebooka, zajmuje się obsługą medialną i pisze projekty, dzięki którym Tradycja pozyskuje fundusze, np. na oświetlenie, mikrofony, scenografię, kostiumy i warsztaty.
– Ten teatr to moja pasja – wyznaje 27-letnia Weronika Roesner. – Zaczynałam w grupie dziecięcej, miałam 6 lat. Potem w ślad za mną poszli moi trzej bracia. Długo graliśmy razem, dziś jeden z braci już tylko pomaga przy przedstawieniach, na przykład przy stawianiu sceny, ale na tej najbliższej premierze dwóch braci będzie na scenie razem ze mną. Zresztą cała nasza grupa jest dla mnie jak rodzina. Tu nie chodzi o to, by zbierać oklaski, nigdy też nie myślałam, by zdawać do szkoły aktorskiej. Dla nas ten teatr to radość działania w grupie, tworzenia czegoś dla społeczności, zabawa i odskocznia od spraw zawodowych, a zarazem możliwość ciągłego rozwijania się i radość z tego, że ludziom się podoba. Nie wyobrażam sobie, żeby Tradycja miała przestać istnieć i zabrakło jej w moim życiu.
Zespół teatralny to grupa przyjaciół na dobre i na złe, na całe życie. A podczas prób do spektakli bywało, że pomiędzy aktorami i aktorkami zawiązywały się miłości – siedem par stanęło na ślubnym kobiercu. Między innymi pochodzący z Rozmierzy znany poeta Jan Goczoł, który poślubił Małgorzatę Witoń...
Tradycja to nasz skarb
Tradycja z Rozmierzy nigdy nie jeździła na konkursy teatrów amatorskich (wyjątkiem jest sekcja dziecięca, która ma na koncie nagrody).
– Nigdy nie było takich ambicji, te występy są dla nas i dla naszej wioski, zresztą z takimi wyjazdami byłby tylko kłopot – przyznaje Patryk Klos.
No bo już zgromadzenie wszystkich na próbach bywa trudne.
– Niektórzy pracują na zmiany, inni za granicą i przyjeżdżają na weekendy, jeszcze inni mają małe dzieci – wymienia Weronika Roesner. – Bywa i tak, że kogoś nie ma i łączymy się wtedy kamerką.
Ale Tradycja i tak ma swoją renomę, widzowie przyjeżdżają do malutkiej wioski na krańcu powiatu strzeleckiego samochodami i wynajętymi autobusami. W marcu 2025 r. decyzją ministra kultury i dziedzictwa narodowego teatr został wpisany do Krajowego Rejestru Dobrych Praktyk w Ochronie Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. A podczas uroczystej gali w kwietniu 2026 r. został uhonorowany Laurem Ziemi Strzeleckiej w kategorii „kultura”.
– Te nagrody cieszą, bo oznaczają uznanie, ale nie są najważniejsze. Teatr Tradycja to bogactwo naszej wioski, a największym skarbem są ludzie tego teatru: to, jak teatr kształtował i nadal kształtuje pozytywnie ich życie – podsumowuje Teresa Chudala. – To jest ważny etap w życiu młodych ludzi, jedni odchodzą, rozchodzą się w różne strony świata, nowi przychodzą i oby tak było dalej. Szkoły już u nas nie ma, przez trzy lata nie urodziło się ani jedno dziecko, nie wiem, czy będzie komu kontynuować naszą Tradycję, ale trzeba być dobrej myśli.


Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!


Komentarze