Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
środa, 29 lipca 2026 02:23
Reklama Filplast

Mosty w Moczydołach. Mieszkańcy Zawadzkiego pamiętają miejscowe przeprawy

Już za kilkanaście lat będziemy obchodzić 200-lecie powstania Zawadzkiego. Przez ten czas miejscowość miała trzy nazwy. Miała też trzy mosty. Trudno dziś znaleźć źródła o tych obiektach, lecz z opowieści i wspomnień można poskładać interesującą historię o zawadzczańskich przeprawach.
Mosty w Moczydołach. Mieszkańcy Zawadzkiego pamiętają miejscowe przeprawy

MOCZYDOŁY, ZAWADZKI I ANDREASHÜTTE

W 1836 roku hrabia Andrzej Renard założył Zawadzkiwerk, zakład składający się z ośmiu pieców fryszerskich i czterech młotowni. Jako że tak duże przedsięwzięcie nie mogło istnieć bez mieszkających w pobliżu robotników, trzeba było wybudować dla nich kwatery. Była to więc faktyczna data założenia miejscowości, bo wokół zakładu zaczęły powstawać nowe chałupy i robotnicze osiedla.

Osada powstała pośrodku niczego, nad brzegami rzeki, gdzie jeszcze niedawno jedynymi stałymi bywalcami byli leśniczy i kilku bartników. Teren był podmokły i nieprzyjazny, więc miejscowi nazywali go po prostu „Moczydoły”. Tu na polecenie hrabiego Andrzej Renarda, właściciela tych ziem, wprowadził się w 1830 roku Franz von Zawadzki i zaczął budować od podstaw nowy zakład. Osadę wkrótce zaczęto nazywać jego nazwiskiem i tak już na szczęście zostało. Mieszkaniec Zawadzkiego czułby się zapewne dziś dziwnie, gdyby musiał powiedzieć, że mieszka w Moczydołach.

Nazwa przetrwała dokładnie wiek. W roku 1936 hitlerowskie władze zmieniły ją na mniej polsko brzmiącą - Andreashütte. W tym też roku powstał betonowy most w kierunku Lublińca. Był szeroki i nowoczesny. Nie było mu jednak dane przetrwać nawet dekady.

Wybuchła wojna. Powołanie do niemieckiej armii otrzymało wielu mieszkających w Zawadzkiem mężczyzn. Jeden z nich pod koniec 1944 roku wrócił domu na krótki urlop. Każdego dnia, gdy stawiał w kalendarzu kolejny krzyżyk przybliżający dzień wyjazdu, coraz bardziej zapadał się w sobie. Nie był to typowy smutek rozstania czy strach przed śmiercią, który ludzie już nieraz widzieli w oczach wyjeżdżających. Niemcy dawno już zapomnieli o smaku zwycięstwa, wieści z frontu były coraz gorsze, a lista poległych wciąż się wydłużała. Z oczu mężczyzny zionęła autentyczna i nieskrywana rozpacz. Gdy już dzień wyjazdu był bliski - nie wytrzymał i zdradził swoją tajemnicę.

- Nie walczę na froncie - zwierzył się najbliższym. - Zostałem przydzielony do pilnowania obozu w Auschwitz. Nie macie pojęcia co tam się dzieje.

Jednak nie wrócił do obozu. Zdarzył się cud i w ostatnim momencie przyszedł rozkaz zmieniający przydział do służby na taki, jak tylko mógł wymarzyć. Zamiast obozowych zasieków miał teraz pilnować mostu w Zawadzkiem. Tuż obok swojego domu. Przydział był tak szczęśliwy, że niewielu wierzyło w przypadek. Albo miał wysoko postawionych przyjaciół, albo gruby portfel.

Nowe obowiązki nie były trudne. Każdego dnia mężczyzna ubierał się w ciepły płaszcz, zabierał broń i krążył wokół mostu, starając się wypatrzeć sabotażystów, którzy stawali się coraz realniejszym zagrożeniem. Pewnego dnia żołnierz ze służby nie wrócił. Na nic zdały się poszukiwania. Przepadł jak kamień w wodę. Władze wydały nakaz zatrzymania dezertera, ale ani w pociągach, ani na drogach nie zauważono nikogo, kto mógł pasować do rysopisu zaginionego żołnierza.

Nadszedł front. Tuż przed pojawieniem się 20 stycznia 1945 roku na ulicach Zawadzkiego sowieckich czołgów, dwaj niemieccy żołnierze wysadzali w powietrze betonowy most. Nie było już mowy o jakimś zorganizowanym oporze czy regularnym odwrocie. Po wykonaniu rozkazu pobiegli do najbliższych chat i zaczęli walić w okna i drzwi. Błagali o jakieś cywilne ubrania. Nie wiadomo, czy udało im się uniknąć najgorszego, ale niewielu było szczęściarzy, którzy przeżyli.

Fakt, że nie można było skorzystać z mostu, nie zatrzymał rosyjskiej ofensywy. Żelazny walec poszedł dalej, a do załamanej wpół betonowej przeprawy przytoczono jeden ze spalonych podczas szturmu czołgów. Maszyna pozbawiona była wieży, więc była w miarę płaska. Czołgiem wypełniono załamane przęsła, a całość sowieccy inżynierowie obudowali drewnianymi balami. Konstrukcja była tymczasowa i jak to z prowizorkami bywa - nie najgorzej się sprawowała. Po moście zaplombowanym wrakiem czołgu przejeżdżały kolejne fale pancernych maszyn.

Po bardzo surowej i długiej zimie w końcu nastały cieplejsze dni. Zaczęły ujawniać się tajemnice ukryte dotąd pod śniegiem. W lasku niedaleko mostu ktoś natknął się na trupa w niemieckim mundurze. Leżał tam od miesięcy z dziurą w głowie i pistoletem w ręku. Odnalazł się strażnik mostu. Nie wytrzymał wyrzutów sumienia i zastrzelił się przed nadejściem frontu.

LATAJĄCE AUTA

Jadąc dziś z Zawadzkiego do Lublińca, trzeba pokonać bardzo nietypową trasę. Najpierw ostry skręt w prawo, a potem jeszcze ostrzejszy w lewo. Tam, gdzie dziś jest zakręt ukryty w lesie, dawniej droga biegła prosto i łagodnie zakręcała, prowadząc na pierwszy betonowy most. Po wojnie trzeba było jakoś problem przeprawy rozwiązać, bo na czołgowej prowizorce trudno było polegać. Poprowadzono więc drogę obok starej i nad Małą Panwią wybudowano nowy most.

Był łukowaty, z drewnianą nawierzchnią i niebezpieczny. Żeby go przejechać, kierowca musiał zatrzymać się przed nim i przeprawić się na drugą stronę bardzo powoli i ostrożnie. A że fantazji w narodzie nie brakowało i nie tylko miejscowi tędy podróżowali, dochodziło do wypadków. Droga prowadząca do drewnianego mostu była przedłużeniem bardzo długiego, równie prostego odcinka biegnącego od Lublińca. Często więc kierowcy tak się na niej rozpędzali, że wjeżdżali na most z pełnym impetem...

Ponoć widok wyrzucanych jak z katapulty w powietrze wozów był wyjątkowy. Niektóre zakończyły nawet trasę na dnie rzeki. Nic dziwnego, że gdy zlikwidowano drewnianą przeprawę i zbudowano dzisiejszy most, wielu mieszkańców odetchnęło z ulgą.

Dziś można odbyć krótki spacer śladami nieistniejących mostów. Trzeba w tym celu przejechać rzekę i zatrzymać się na wspomnianym leśnym zakręcie, gdzie można bezpiecznie zaparkować. Idąc prosto, dotrzemy asfaltową drogą do urwiska z resztkami drewnianych belek. To pozostałość powojennej przeprawy.

Ciekawiej prezentuje się zakręcająca przez las szeroka droga, którą rok po roku odzyskuje przyroda, pokrywając grubą warstwą liści i gałęzi. Dojdziemy nią do solidnej betonowej konstrukcji, dającej wyobrażenie o rozmiarach przedwojennej przeprawy przez Małą Panew. Oddalona jest o około 100 metrów od drugiego mostu. Gdyby udało się przeprawić na drugi brzeg, to wyjechałoby się w Zawadzkiem ulicą Lubliniecką, która bierze swą nazwę od starej drogi prowadzącej do miasta.

***

Powyższy tekst powstał w dużej mierze na podstawie wspomnień i relacji mieszkańców Zawadzkiego.Trudno zweryfikować prawdziwość tych opowieści. Podczas redagowania artykułu natrafiłem jednak na pewną historyczną zagadkę związaną z opisywanymi mostami. Postaramy się z nią zmierzyć w następnych numerach „Strzelca Opolskiego”.


Podziel się
Oceń

Komentarze

Autochton 14.02.2022 17:16
Może chodziło o kładkę na Świerkli która była w miejscu dzisiejszej elektrowni wodnej
Smok 31.01.2022 08:46
Skąd informacja, że most ten zbudowano w 1936roku? Na niemieckich mapach z 1938 roku tego betonowego mostu nie ma. W tym czasie funkcjonował drugi most (ten, gdzie później zrobiono drewnianą prowizorkę). Czy w latach 36-39 funkcjonowały oba mosty równocześnie? Ponoć w 1939 roku była powódź i ten most zniszczyła, ale nie potrafię tej informacji zweryfikować. Czy ktoś ma więcej informacji dotyczących historii tego mostu?
R
Romuald Kubik 31.01.2022 10:48
Dziękuje za komentarz. Przygotowuję właśnie obszerny tekst na ten temat. Pozdrawiam
Reklama Heimat
Reklama
Reklama
Reklama Maxima 2
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Ostatnie komentarze
J Autor komentarza: Jan Treść komentarza: Zawadzki policyjny show. Data dodania komentarza: 14.07.2026, 15:07 Źródło komentarza: Szczęśliwy finał poszukiwań 23-letniej kobiety z Zawadzkiego G Autor komentarza: Skinny Treść komentarza: Dość niejasny ten artykuł... Wyszła z domu za piętnaście druga po południu, a o drugiej zgłoszono jej zaginięcie i rozpoczęto poszukiwania? Czy czegoś tu nie doczytałem? Data dodania komentarza: 14.07.2026, 13:53 Źródło komentarza: Szczęśliwy finał poszukiwań 23-letniej kobiety z Zawadzkiego J Autor komentarza: Mieszkaniec Treść komentarza: Dostęp do Małej Panwi wystarczy nam. Data dodania komentarza: 8.07.2026, 22:39 Źródło komentarza: Moc atrakcji na wakacje w gminie Kolonowskie. Co znalazło się w programie? A Autor komentarza: Goroll Treść komentarza: Najlepiej pisać komentarze podczas pracy .Czy Smok twój przełożony wie ze wykorzystując czas pracy udzielasz się na forach . Piszesz o marnotrawstwie a sam nie jesteś w porzadku . W Kolonowkiem wiemy kim jesteś . Data dodania komentarza: 8.07.2026, 17:39 Źródło komentarza: Zarośnięta rzeka i rowy w gminie Kolonowskie. Jest plan na rozwiązanie problemu J Autor komentarza: Jowita Treść komentarza: Panie Starosto Gaida a czy ma Pan tyle odwagi żeby przedstawić opinii publicznej jak w strzeleckim szpitalu wygląda rachunek kosztów a zwłaszcza poziom wynagrodzeń lekarzy (np. na wykresie). Kluczowe się również wydaje pytanie czy po doniesieniach medialnych z całej polski o patologiach w służbie zdrowa, w strzeleckim szpitalu była przeprowadzona rewizja finansowa ze strony starostwa jako właściciela szpitala? Jeśli tak to co z niej wyszło? Jeśli nie to dlaczego? Strzelecki szpital ma 42 mln długu, ten rok zamknie deficytem więc Panie Gajda czas stanąć przed mieszkańcami i odpowiedzieć na zadane pytanie. Panie Starosto zawsze może sobie Pan wziąć do pomocy Pana Romana Kolka z Jemielnicy (nie gdyś wicemarszałka województwa - na całe szczęście już nim jest) który zawsze uśmiech od ucha do ucha i jasno twierdził że służba zdrowia potrzebuje tylko forsy forsy i forsy a teraz wiemy na co te pieniądze idą. Może Romanie skomentuje to Pan a nie tylko uściski dłonie. Panie Starosto zero złotych na szpital z kasy powiatu!!! Najpierw się doi strzelecki szpital z pieniędzy, tylko podwyżki i podwyżki a potem personel szpitala obawia się konsolidacji. A co wy w tym szpitalu myślicie że podatnicy mają więcej dać żeby wyście mieli? To jest taka patologia że się w głowie nie mieści. Data dodania komentarza: 8.07.2026, 12:06 Źródło komentarza: 42 mln zł długu. Trwa spór o przyszłość strzeleckiego szpitala S Autor komentarza: Smok Treść komentarza: A w tym samym numerze w Strzelcach Op. piszą, że poziom wody gruntowej spadł o 7,5 metra. I trudno jakoś ludziom połączyć fakty, najlepiej zapewnić, najlepiej na stronie głównej - "WODY NIE ZABRAKNIE". Wody będzie brakować, bo jest jej coraz mniej, staw w Jemielnicy wyschnięty, w Gąsiorowicach wyschnięty, na Małej Panwi kajakami już się nie da, bo mało wody, ale gdy bobry za darmo odtwarzają nam retencję wody, to wtedy stają się pasożytami. Ludzie, opamiętajcie się, my nie szanujemy wody, za kilka, kilkanaście lat będziemy za nią płakać. Powinniśmy zrobić wszystko, by jak najwięcej jej zachować, na łąkach, w lasach, bagnach, mokradłach, by nie pozwolić jej spływać do rzek i morza. Przekopanie rowów na łąkach od razu spowoduje jej odpływ i dalsze obniżenie jej poziomu w gruncie. Bobry robią świetną robotę zatrzymując ją na miejscu, a my wylewamy ją często bezsensownie na głupie zachcianki, jak np. właśnie w Kolonowskiem naprzeciwko kościoła, gdzie dzień w dzień jakiś mieszkaniec podlewa trawkę przy drodze, bo musi przecież mieć wokół domu zielono. To czyste marnowanie tej wody stojące w czystej kontrze do coraz powszechniej się pojawiających sygnałów, że wody mamy za mało i jest jej coraz mniej. Najprościej bobry przegonić, wodę z łąk spuścić, a wodą w kranach niech się przejmują władze, w końcu one od tego są, czy nie tak? To wygodne podejście tylko, że krótkowzroczne i bardzo egoistyczne. Data dodania komentarza: 8.07.2026, 08:47 Źródło komentarza: Zarośnięta rzeka i rowy w gminie Kolonowskie. Jest plan na rozwiązanie problemu
Reklama